Teraz często pracuję jako rehabilitant z niewidomymi i zauważam dwie tendencje.
W pierwszym przypadku rodzice urywają sobie włosy z głowy, kiedy ich dziecko ma już po trzydziestce, ale nie wie jak otworzyć drzwi wejściowe, a głowę myje mu mama. Rodzice przyprowadzają taką osobę do naszego biura i zaczynają rozprawiać, jak to ona, taka nieogarnięta, założy rodzinę i w ogóle będzie żyć. Zaczynamy rozmawiać bezpośrednio z nią i okazuje się, że tak naprawdę nie zależy jej na związku, no może poza aspektem seksualnym. Nie przeszkadza jej, że ktoś inny gotuje, sprząta, pierze skarpetki i tak dalej. Wręcz jej to pasuje, bo sama nie tyle nie jest w stanie się tego nauczyć, ile po prostu nie widzi sensu, bo i po co.
Są rodziny, które próbują taką osobę czegoś nauczyć, a potem, choćby z niewielkim wsparciem na początku, postarać się ją usamodzielnić, na przykład wyprowadzić do osobnego mieszkania, żeby w dużej mierze sama za siebie odpowiadała.
Ale w większości rodzin ludzie gadają, gadają, jaki ten ktoś nieporadny, a i tak robi im się go żal i wiecznie go wyręczają, bo jak to tak, synek nie widzi, nie może, trzeba pomagać.
Niedawno miałem klienta, który tłumaczył, że boi się wyjść z domu. Konkretnych powodów nie podawał, po prostu się bał i tyle. Testy psychologiczne i inne badania pokazały, że raczej mu się nie chce uczyć nowych rzeczy, a problemy emocjonalne to bardziej symulacja niż rzeczywistość. Ten klient ma ojca, który bardzo chce i domaga się tego, żeby syn był samodzielny, ale ojciec ciągle pracuje poza miastem. Ma też matkę, która woli, żeby po prostu siedział w domu i cieszył się życiem, bo tak jest jej spokojniej i łatwiej.
Efekt jest taki, że ojciec przyjeżdża, próbuje synowi coś wytłumaczyć i czegoś nauczyć, ale syn zamyka się w pokoju, nie chce rozmawiać, nie chce niczego słuchać, a matka broni go przed ojcem.
Ten chłopak znalazł nawet sobie związek, ale nic z tego nie wyszło, bo nie chciał wziąć odpowiedzialności ani zamieszkać z partnerem, gdy ten mu to zaproponował, bo musiałby wtedy zacząć coś załatwiać, orientować się w mieście, uczyć się nowych rzeczy. I to nie ja wymyślam, że on nie chce, ale on sam nam o tym opowiedział.
W tych historiach terapia potrzebna jest zarówno rodzinie, jak i samej osobie niewidomej. Problem w tym, że wszyscy, albo prawie wszyscy uczestnicy tych zdarzeń są przekonani, że wszystko jest w porządku i jakoś samo się ułoży.
Drugi typ przypadków, który bardzo często widuję, to nadopiekuńczość wobec niewidomych, którym ta opieka już się przejadła. Za wszelką cenę starają się jej uniknąć. Tu też możliwe są dwa klasyczne scenariusze. Albo dana osoba ma w sobie kręgosłup i ogromną chęć, żeby przeciwstawić się rodzinie, albo rodzina łamie człowieka i zostaje on pod jej opieką.
Bywa, że mnie i moim współpracownikom udaje się wytłumaczyć bliskim, że niewidomy to taki sam człowiek, który też chce w pełni żyć. Takie sytuacje zdarzają się w około sześćdziesięciu procentach przypadków. Reszta jest niestety krytyczna, bo nawet jeśli bardzo chcemy, nie jesteśmy w stanie wyrwać człowieka z takiego środowiska.
Gdzieś pośrodku są normalne rodziny i normalni niewidomi, albo tacy, którzy stracili wzrok później. Oni po prostu chcą się uczyć, żeby w pełni żyć. Z nimi jest mało problemów, sami są gotowi na bardzo wiele. Ale praktyka pokazuje, że na dwa świadome przypadki przypadają trzy nieświadome.
Piszę o tym wszystkim dlatego, że oczywiście można by nieskończenie długo przekonywać rodzinę, ale wydaje mi się, że jeśli ludzie nie chcą nas słuchać, to trzeba postępować twardo i bezlitośnie. To oczywiście może doprowadzić do ogromnych awantur, ale jeśli nie dociera do nich nasz głos, to stanowcza i przygotowana separacja jest jedynym wyjściem. W przeciwnym razie można po prostu stracić chęć do usamodzielnienia się i pozostać w stanie, nazwijmy to, wegetatywnym.
Lepiej narobić głupot, czegoś nie umieć albo nie wiedzieć, ale spróbować, niż siedzieć nieruchomo i czekać, aż ktoś pozwoli albo w nas uwierzy.
Wiem, brzmi to dość maksymalistycznie, ale są przypadki, gdzie inaczej po prostu nie da się.