Całym sercem nienawidzę mieszkania na wsi. Wszystko jest utrudnione, jakiekolwiek załatwianie spraw, dojazd gdziekolwiek, kontakty z organizacjami pracującymi dla niepełnosprawnych, po prostu wszystko. Żeby załatwić cokolwiek, muszę prosić osoby trzecie o pomoc. Jak na razie jedyną opcją jest ta, której nienawidzę całym sercem, czyli ten cały pierniczony, godny pożałowania Związek Niewidomych, który stać wyłącznie na spotkanka starych bab popijających kawkę, objadających się ciastami i gadających o wszystkim, tylko nie o tym, co najważniejsze. Aha, mam jeszcze opcję asystencji osobistej, co jest super, bo dzięki temu mogę załatwić wiele spraw. Niestety, w tym roku nie będę tak jak w zeszłym, uczestniczyć w opiece wytchnieniowej, bo nie ma nikogo, kto mógłby przejąć to od poprzedniej asystentki. Rodzina też niestety nie pomaga, wręcz przeciwnie. Czuję się uwięziona, uzależniona psychicznie, moją jedyną nadzieją jest narzeczony. Przepraszam, że tak wylewam tu swoje żale, ale po prostu już nie wytrzymałam. Czuję się sfrustrowana, wściekła, nie wiem, co mam zrobić, jak działać, do kogo zwrócić się o pomoc. Ja po prostu chcę normalnie żyć, a nie pod okiem kogoś, kto kontroluje każdy mój krok, wyjazd, decyzję, komu bardziej zależy na pieniądzach, niż na moim zdrowiu psychicznym, komu nie podoba się nawet mój związek, kogo interesują tylko pieniądze, a nie mój komfort i moje zdrowie psychiczne. Bardzo przepraszam. Wiem, że już nieraz pisałam, że jak to ktoś kiedyś ujął "jest mi źle tak, jak jest", ale naprawdę nie wiem, co robić.