I tu, widzisz, całe na biało wchodzą te wszystkie fundacje oferujące kurs podstawowej obsługi tego i owego. I, niestety dla wielu z nieogarniętych ludzi, przysłowie "nie od razu Kraków zbudowano". Może brzmię, jakbym sama sobie przeczyła post za postem, problem w tym, że dziwnym trafem niekiedy nie to komuś pomaga zrobić wielki krok naprzód, co zdaniem specjalistów pomoże, a to, co komuś do gustu przypadnie. Także tak, jestem zdania, że jeśli ktoś, kto niczego nie ogarnia pójdzie n taki kurs, na którym uświadomi sobie tylko, jak mało umie, paradoksalnie dla niego może się to okazać zbawienne.
-- (mustafa):
Zuzler, pytanie znów jaki zestaw umiejętności ma wyjściowo taka osoba. Choćby czy umie w ten komputer Word i przeglądarkę, czy umie angielski, albo inny język. Co z kursów, jak brakuje podstaw. Rozumiesz. Co z tego, że wyślesz analfabetę na kurs komputerowy, jak on nie umie czytać.
-- (Zuzler):
Dawidzie, ja jestem całym serduszkiem za takim pomysłem, ale w dużo prozaiczniejszej formie - tu, widzisz, nie o przebranżowienie idzie, tylko często w ogóle o zdobycie jakiegokolwiek zawodu - dla ociemniałych, dla tych, którym zdrowie się sypie, dla tych, którzy po 30 wydobyli się z domowego zaisza i chcą iść na swoje, tylko ani dnia w pracy nie spędzili.
--
--