no tak zależy, ale jednak warto oddać dziecko do internatu jeśli sie nie potrafi pomóc mu. Często ludzie w ośrodkach wyśmiewają sie z takich mami synków, albo mami cureczek.
TU akurat prawda, bo w ośrodku będą się śmiać, a w masówce czy integracyjnej gdzie większość uczniów i nauczycieli jednak nie ma osobistego doświadczenia z niewidomymi jest duże prawdopodobieństwo, że nauczyciele będą pobłażać i traktować jak święte krowy albo olewczo, a uczniowie nie będą chcieli mieć z takim dzieckiem do czynienia albo zmienią mu życie w piekło.
Usłyszałem niedawno świetne podsumowanie: Po masówce wychodzą ludzie albo znacznie bardziej albo znacznie mniej samodzielni od tych z ośrodków. Powodem tego jest, podejrzewam, ogarnięcie się i dziecka przez rodziców. Pamiętajcie, że jeśli przychodzi dziecko po masówce do ośrodka to z reguły takie, któremu się nie udaje. Innymi słowy ośrodki i uczniowie tam będący często nie mają styczności z tymi, którzy jednak w masóce sobie radzą, a takich jest coraz więcej.
To ciekawe co mówisz, bo znałem mnustwo dzieciaków po masówce, którzy w internacie radzili sobie nadzwyczaj dobrze. Tak dobrze, że część z nich brała sobie tych słabszych, lub mniej ogarniętych w jakikolwiek inny sposób za swoje ofiary.
Potrzebuję papugę, gdyż ściga mnie kruk, za to że pożyczyłem pieniądze od bociana.
masowka albo integracja jest dobra, ale dopiero jak dziecko jest starsze. Jest taka prawda, że idąc na studia czy do pracy i tak musimy sie zetknąć z ludzmi sprawnymi.
Mieszkać tak blisko ośrodka to chyba jakiś cud, ale to i tak wygląda, przynajmniej w Owińskach i Krakowie mniej więcej tak, że miasto załatwia transport z domu do szkoły.
Poza tym większość dojeżdżających jest zapisana do świetlicy, a poniżej bodajże 13 roku życia, to i tak niepełnosprawne dziecko ponoć samo nie ma prawa się szwendać po ulicy.
Ooo, to ja notorycznie łamałam prawo, bo mając mniej, niż trzynaście lat, szwędałam się po ulicy. xd I to bywało, że bez laski. Ale na bardzo znajomym terenie, oczywiście. Jeśli chodzi o internat, nie, nie oddałabym małego dziecka. W takiej sytuacji praktycznie traci się kontrolę nad wychowaniem, a z tym usamodzielnianiem też bywa różnie. Przytoczę przykład dla mnie kultowy. Mieliśmy w studium, podkreślam, w studium, straszną jazdę o robienie sobie herbaty po dziesiątej wieczorem. Bo przecież możemy się poparzyć, a nikt nie będzie z nami po nocy na pogotowie jeździł. Generalnie w pokojach czajników nie było, ale tak się raz w ramach jakiegoś ogólnego zamieszania związanego z remontem złożyło, że trafiłyśmy z koleżanką do pokoju, w którym czajnik był. Oczywiście nam ten czajnik zabrali i efekt był taki, że latałam przez pół szkoły, przez zatłoczony korytarz, po schodach, z gorącą wodą, bo miałam daleko do jakiegokolwiek czajnika. W sumie... może to i usamodzielnianie. I to w wersji hard.
Znany temat, znany. Z robieniem herbaty po 22 chodzi li tylko i jedynie o to, że oni nie chcą brać na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo przecież jeśli sie poparzysz, to jako osoba niepełnosprawna możesz im narobić problemó twierdząc, że nikogo nie było i nie chciano Ci pomóc, więc należy Ci się odszkodowanie. Na tej samej zasadzie nie wolno np wpuszczać uczniów samych do klasy - bardzo fajna sprawa, kiedy ktoś chciał poćwiczyć grę na instrumencie, którego nie da się przenieść xd
A kąpać się mogliście po 22? Przecież możecie sobie coś zrobić pod prysznicem xD
Dziękuję użytkownikom portalu Elten Link za możliwość obserwowania środowiska niewidomych. Stanowiło to dla mnie etap wstępny do pracy z niewidomymi na żywo.
Na te rzeczy typu robienie sobie herbaty, kąpiel czy coś innego po 22 to trzeba patrzeć tak na ogół. Jeden sto razy będzie robił herbatę i nic się nie stanie a za sto pierwszym pęknie kubek i tragedia gotowa a inny z robi raz i się po parzy bo nie umie w lać wody do kubka.
This site uses cookies to enhance your experience.