Tytuł tego tematu już wyjaśnia wszystko. Interesują mnie opinie na temat osób niepełnosprawnych i ich opiekunów. Czy jest coś takiego jak nadopiekuńczość? Czy nadopiekuńczością można skrzywdzić? i jak są postrzegane osoby niepełnosprawne w rodzinie. Czy są traktowane normalnie? A może są potrzebne tylko po to, by rrodzina brała od nich rente?
Nadopiekuńczość często występuje u niewidomych. Mamusie, które wszystko zrobią, wszędzie zaprowadzą i wszystko załatwią. To bardzo duża krzywda dla takich osób. Często później oczekują, że ktoś zrobi wszystko za nich. Na szczęście są niewidomi, którzy buntują się i nie pozwalają na nadopiekuńczą postawę.
Dziękuję użytkownikom portalu Elten Link za możliwość obserwowania środowiska niewidomych. Stanowiło to dla mnie etap wstępny do pracy z niewidomymi na żywo.
wszystko jest kwestją czy osoba niewidoma pozwoli sobie na to żeby rodzice byli nadopiekuńczy. jeżeli tak no to niema się co dziwić puźniejszym oczekiwaniom niewidomych, że ktoś zawsze wszystko za nich zrobi.
Tak, istnieje coś takiego jak nadopiekuńczość i tak, można nią skrzywdzić. Z moich obserwacji wynika, że występuje ona przede wszystkim w rodzinach, w których pojawienie się osoby niewidomej czy w ogóle niepełnosprawnej to nowość i totalne zaskoczenie. No wiecie, myślą sobie tacy rodzice, że to moje dziecko to takie biedne, przez los skrzywdzone, że jak ono sobie w życiu poradzi. No i trudno się im dziwić, nie można oczekiwać, że nie okażą takiego szoku i tego rodzaju troski. Szkoda tylko, że często na tej trosce poprzestają. Później może i się orientują, ze jest źle, ze ichkochane dziecko wcale nie jest takie samodzielne, jak sobie wymarzyli, ale przecież oni to swoje dziecko znają najlepiej, oni wiedzą, co jest dla niego dobre, oni wiedzą, jak mu pomóc... Bywa też pewnie i tak, że obu stronom jest wygodnie w pielęgnowanym przez lata układzie. I co z tego, ze dziecko, potem także osoba dorosła, jest niesamodzielna? Najwyraźniej tak musi być... Z klasy do klasy jakoś się dzieckoprzepchało, maturę przeciez nie każdy musi zdać... no po prostu taki już los tego dziecka... Niektórzy niewidomi się buntują, ale wielu jest takich, którzy przywykli do tego, jak jest i sobie tak egzystują, nie odrywając się od spudnicy mamusi.
A co do traktowania w rodzinie - to od rodzinki zależy. Moja mama na przykład, to typ kobiety, która mogłaby za mnie wszystko zrobić, no po prostu na głowę mogłabym jej pewnie wejść, ale mam też rodzeństwo, któremu po prostu nie chciało się robić wszystkiego za mnie, a że byliśmy zbliżeni do siebie wiekiem, to oznajmiali mito bez ogródek. No więc jakoś tam radzić sobie musiałam. Potem podrośliśmy, zaczęła się wzajemna pomoc, ale taka, żeby czegoś nauczyć... W ogóle muszę przyznać, ze trafiłam na dobrych ludzi, którzy nie pozwolili na to, żebym była taką sobie niewidomą niedojdą, która jak już nie widzi, to niczego zrobić nie potrafi. Coś tam jednak jakoś umiem.
Ale nie wszyscy mają takie szczęście. Nie wiem, może rodzicom we wczesnych latach życia dziecka jakieś wsparcie by się przydało? Ale takie porządne, z wartościowymi wskazówkami, a nie idiotyczne wizytki w PZN-ie, których celem jest przede wszystkim pokazanie, że ta organizacja to w ogóle jakoś funkcjonuje.
No w każdym racie coś potrzebne jest na pewno, bo skutki nadopiekuńczości są porażające. :(
Pozornie nie ma nic wspólnego. Ale daje jednak jakieś większe możliwości pracy. Ale według takich rodziców to już za duża bariera. Ale zastanawia mnie jedna rzecz: skąd takie podejście rodziców do niepełnosprawnych w rodzinie. Chyba nie tylko dlatego, że tak jest wygodniej. Może jakoś to jest związane z mentalnością tych ludzi, albo uwarunkowane środowiskiem, z jakiego pochodzą. trudno mi na to znaleźć odpowiedź.
Napisałam o maturze w kontekście tego przepychania z klasy do klasy. Że najpierw się przepycha, potem trafia taki do liceum, przychodzi czas na maturę... Znam po prostu kogoś takiego i domyślam się, że teraz jest mu ciężko. I wiem, że nadopiekuńczość nie dotyczy tylko niepełnosprawnych, ale chyba w tych przypadkach pojawia się częściej.
Do mnie też to nie przemawia. Ale to pokutuje. Sama pamiętam, jak moja mama nie mogła się z tym pogodzić, że miałabym pracować w fabryce. to jeszcze komunistyczne myślenie. A pozatym przecież teraz powstają jakieś osrodki pomagające rodzicom, które mają dzieci niepełnosprawne. No i co rodzice jak było w moim przypadku chodzilina zebrania słuchali jakichś tam wykładu i co? i nic. Gdybym się im nie postawiła to byłabym "biedna niewidoma", która nawet nic kolo siebie nie umie zrobić. I w tym wypadku dobrze, że nie uczyłam się w domu. Dla nich było to coś niepojętego że osoba niewidoma może myć okna. Mentalność i zakorzeniałe poglądy, szczególnie osób starszych trudno jest zmienić.
Nie uważam, ze matura znacząco porpawi jakość mojego życia tudzież zwiększy w dużym stopniu możliwości zatrudnienia. Prawda jest taka, ze jek ktoś jest w czymś dobry, zna się na tym i może w danej branży pracować, to on będzie się znał na tym i będzie mógł w tej branży pracować, niezależnie od tego czy kiedyś tam zdał sobie tę maturkę, czy nie. Ja zdaję, bo chcę, dla siebie to robię, bo zamierzam iść na studia. Ale rozumiem tych, którzy nie zdają i zdaję sobie sprawę z tego, ze w przyszłości oni mogą mieć lepszą pracę niż ja. Sorry, taki mamy klimat. Są też przecież ludzie, którzy kończą szkołę i zdają tę maturkę i w ogóle wszystkie inne egzaminy z doskonałymi wynikami, ale są głupi jak but, nie obrażając butów. :) Bo nawet jeśli ktoś jest super mądry, nawet jeśli ktoś ma kalkulator w głowie, daty z historii w małym palcu i w ogóle wiedzę ma taką, że głowa mała, to jak jest niesamodzielny, to co mu po tym, że będzie znał skład chemiczny środka do mycia podłóg, skoro tego środka nie będzie umiał użyć?