Chyba trochę poplątały się tu tematy, a przede wszystkim intencje i założenia. Mówię o kilkunastu ostatnich postach.
Skupię się na przyjmowaniu i nie przyjmowaniu pomocy, bo to jakoś utkwiło mi najbardziej w pamięci. Najpierw taki w sumie drobiazg. Jakiś czas temu zwrócono mi uwagę, że jeśli sam nie oczekuję od nikogo rewanżu za pomoc, jednocześnie uważając, że inni takiego czegoś ode mnie będą chcieli to w pewnym sensie wywyższam się nad nimi, bo w pewnym sensie traktuję siebie jako bardziej szlachetnego od innych, a to dość niebezpieczne się robi.
Druga rzecz dotyczy samego przyjmowania pomocy. Bardzo często zdarza mi się, że ludzie oferują mi pomoc w dotarciu np. do domu. Drogę znam świetnie, w dodatku w razie jakiegoś szczególnego zamroczenia mam gps no i jak zawsze, koniec języka za przewodnika, a ludzi u nas chadza raczej więcej niż mniej.
Niejednokrotnie dialog wygląda mniej więcej tak:
- gdzie pan idzie?
- a dziękuję za pomoc, ale dam radę
- Nie wątpię, widzę, że znakomicie pan sobie radzi, ale pomoc zawsze się przyda
- świetnie znam drogę, chodzę nią od lat i nigdy do tej pory nie zdarzyło mi się, że się zgubiłem czy coś.
- no właśnie widzę, że pan jest bardzo dzielny, ale mam bardzo dużo czasu i mogę się przejść.
Z reguły w takim momencie wzruszam ramionami, oczywiście w myślach i cóż... niech se idzie jeśli tak bardzo chce.
Wszystko niby super, facet czy tam kobita chce pomóc, nawet bardzo chce i fajno. On spełni dobry uczynek, ja mam pewność, że dojdę do domu. Problem tkwi w tym, że z reguły w takich sytuacjach ludzie tak naprawdę mi nie do końca wierzą, jednak za cholerę nikt tego nie przyzna. Próbowałem nieraz wymusić jakąś reakcję na bardzo różne sposoby. Niestety wszystkie one nie wydają się zbyt fajne, jednak są momenty w życiu człowieka, że mu wszystko jedno. Pytałem więc czy gdybym nie był niepełnosprawny też ten tam jakiś oferowałby mi pomoc, na co albo dostawałem jakąś bardzo wymijającą odpowiedź w stylu, że i tak idzie w tamtą stronę, chociaż nie raz słyszałem, że tak w ogóle idzie z przeciwnej strony i ewidentnie zawrócił aby mi pomóc, albo w ogóle nie mówił nic lub obracał wszystko w żart.
Gdy upierałem się przy swoim, że dam radę najczęściej oferujący pomoc się obrażał, bo przecież ja na pewno nie dam sobie tak świetnie rady, a pomoc odrzucam z jakiejś chorej dumy czy czegoś podobnego, ewentualnie braku zaufania do tego konkretnego człowieka, a to już w ogóle obraza ostateczna, bo przecież on mi nic nie zrobi i powinienem to wiedzieć od samego początku, a w ogóle te niewidome to nieokrzesane buce som!
Tak czy inaczej, we wszystkich tych przypadkach nikt nie wierzy, że będąc osobą niewidomą można ogarnąć sobie drogę gdzieś tam. Problem w tym, że nikt, no może prawie nikt nie mówi o tym głośno, bo jeszcze mnie urazi czy coś, jednak wydaje mi się, że zdecydowana większość ludzi żywi głębokie przekonanie, że zasadniczo niewidomi mają przeogromne problemy wszędzie, a fakt, że odważają się wyjść na miasto świadczy o epickiej wręcz odwadze, samozaparciu i cholera wie czym jeszcze. Skoro nikt tego nie mówi to nie bardzo jest jak pokazać, że jednak się da, bo przecież jeśli ktoś idzie z nami jako przewodnik z przypadku zawsze będzie ostrzegał o wszelkich słupkach, samochodach, zakrętach itd albo w ogóle weźmie pod pachę i ciągnie za sobą. Pół bidy jeśli w czasie drogi będzie można pogadać i może coś tam przekazać, jednak ile z tego zostanie wzięte za gadanie byle gadać albo przechwałki... no i to przecież dokładnie tacy ludzie będą nas przyjmować lub nie do pracy, być może sami staną się rodzicami niewidomych dzieci i jak taki człowiek wychowa niewidomego jeśli uważa, że synek czy córeczka totalnie nie da sobie rady w życiu?
Właśnie dlatego jestem przeciwnikiem rozwiązań, które nie są nam faktycznie potrzebne. Nie z powodu jakiejś urażonej dumy, źle pojętego honoru czy czego tam jeszcze. Jesteśmy rozpaczliwie nisko oceniani przez większość społeczeństwa i musimy jakoś pokazać, że jesteśmy w stanie zrobić więcej niż się z reguły od nas oczekuje. Inaczej zostaniemy zamknięci w dps.
Przyszła mi na myśl cokolwiek absurdalna sytuacja, która jednak może zobrazuje, co mam na myśli, bo jednak nie każdy czuje się świetnie na drodze.
Wyobraźcie sobie, że jecie sobie spokojnie obiad w knajpce. W pewnym momencie podchodzi do was ktoś i mówi:
- może pomogę? czekam tu na kogoś, ale jeszcze mam z pół godzinki. Może daj mi widelec i nakarmię? będzie szybciej, nie pobrudzisz się i w ogóle będzie łatwiej.
Tak wiem, sytuacja raczej niespotykana, ale chodzi mi o zobrazowanie tego, że są czynności, które mimo, że jesteśmy w stanie świetnie wykonać sami, w których usilnie stara się nam pomagać bez względu na to, że chociażby takie karmienie przez obcego na oczach całej knajpy mogłoby być co najmniej mocno krępujące jeśli nie upokarzające. Jeśli w dodatku taki człowiek usilnie namawiałby was do skorzystania z jego usług w tym zakresie nawet mając najlepsze intencje nie miałby najlepszej u większości opinii.
Na tym jednak historia się nie kończy. Załóżmy, że opisujecie ten przypadek na jakimś Eltenie czy innym Typhlosie. W odpowiedziach części użytkowników przewija się stwierdzenie, że może trzeba było pozwolić. Przecież ten człowiek naprawdę chciał dobrze i czemu odtrącać jego pomoc albo że niektórzy rzeczywiście nie umieją jeść prawidłowo i dla takich osób tego typu pomoc będzie raczej wskazana.
Żeby nie było, nie uważam takiej sytuacji za jakoś szczególnie prawdopodobną tylko chcę pokazać tym, którzy nie rozumieją stanowiska ludzi, którzy niezbyt są zachwyceni wprowadzaniem wszystkich możliwych udogodnień.