Byłem w wieku 5 lat na turnusie w Jarosławcu i bawiliśmy się tam w żywioły. Tzn na sali gimnastycznej pani wypowiadała nazwy żywiołu. Lawina - trzeba było jak najszybciej położyć się płasko na ziemi. Pożar - trzeba było jak najszybciej przykleić się do ściany. Powódź - trzeba było jak najszybciej wejść gdzieś ponad podłogę - najczęściej drabinka na sali gimnastycznej.
Fajne te żywioły. Dużo rucu było. My jeszcze bawiłysmy się internacie w krzesła, co ich zawsze było mniej niż uczestników, w tańczenie w rytm muzyki i zamieranie na jej brak.
Uczestnicy zabawy siadają w kole i zaczynają liczyć od jednego aż do... no zależy jak długo potrwa gra. Jeżeli któryś z nich zamiast liczby powie bomba, to osoba obok podaje cyfrę, która jest druga w kolejności, np. 1, 2, 3, bomba, 5, 6, bomba, 8, 9, itd. Jeżeli któryś uczestnik pomyli się i powie, np. 4 albo 7, wypada z gry. Gra się do momentu, aż wygra osoba, która ani razu się nie pomyliła. Przyznam się wam, że raz wygrałam i nawet nauczycielka się pomyliła. :)