Chodzi mi o to, że aktualnie jestem w takim czasie życia, w którym dużo z tego z czego korzystam, włącznie z uruchomioną dla mnie specjalnie ścieżką dyplomowania na studiach, jest zrobione dlatego, że o to poprosiłam, że coś ktoś ze swojej uprzejmości mi daje/robi. Nie chcę tych ludzi uczyć o sobie, a tym bardziej o niewidomych, że jestem jakimś biednym kłębkiem jęczenia i narzekania, że pomimo że z grubsza większość rzeczy mi w życiu wychodzi, to jednak ciągle coś mi nie pasuje i szukam dziury w całym.
Oczywiście przyjaciele wiedzą dużo więcej o moich uczuciach, ale po co mam zniechęcać do siebie ludzi, skoro nic wymiernego tym nie osiągnę, może poza ciut lżejszym stanem ducha?
Lol, zrobiło się jak na psychoterapii xDDD