W sytuacji samodzielnej pracy, życia na tzw. własną rękę, takiego wentylu bezpieczeństwa już NIE ma. :(
-- (tomecki):
zostałem wywołany do tablicy, chociaż teoretycznie wszystko w temacie zostało powiedziane. Inna rzecz, że większość postów sugeruje niejako, że takie mieszkanie z rodziną często wynika z głupoty czy innej krótkowzroczności naszej lub rodziców i tu może nie to, że stanę po drugiej stronie, ale przy najmniej troszkę obronię tych, którzy mimo wszystko nadal z rodziną mieszkają chociaż samemu dość wcześnie się wyprowadziłem. Co prawda do babci, ale autonomię miałem sporą.
Na początek parę pytań. Jeśli macie widzące rodzeństwo, przypomnijcie sobie w jakim wieku wy zaczęliście robić sobie śniadania, a w jakim owo rodzeństwo?
Kiedy wy dostaliście klucze od domu i czy był to ten sam mniej więcej wiek co u rodzeństwa?
Jeśli chodziliście do masówki to czy podobną ilość czasu spędzaliście po za domem np. z kumplami?
Wydaje mi się, że większość niewidomych na te pytania odpowie przecząco i to jest chyba cały problem. Trudno jest natychmiast przejść z roli w gruncie rzeczy dziecka do dorosłości. W przypadku sporej części widzących ten proces zajmuje ileś czasu. Najpierw zaczyna chodzić sam na plac zabaw, potem do szkoły, potem z koleżeństwem gdzieś tam, potem jakieś mniejsze wycieczki z nocowaniem po drodze i w końcu mieszkanie na swoim. W naszym przypadku najczęściej tych wszystkich etapów pośrednich albo nie ma w ogóle albo jeśli są to jakoś ograniczone.
W ośrodkach też nie jest pod tym względem zbyt dobrze, bo wychowawcom przede wszystkim zależy na tym aby się młodzież nie pozabijała, a wszelkie samodzielne wyjazdy to jednak ryzyko, a w razie czego odpowiedzialność spada na nich. Po za tym oni często niekoniecznie czują się odpowiedzialni za to co będą wychowankowie robili po wyjściu na świat. Ich zadaniem jest aby do tego wyjścia doprowadzić w stanie w miarę możliwości bezurazowym i tyle ich roboty. Jasne, jakaś nauka przygotowywania posiłków, sprzątania, ogarniania ubrań jasne, że jest, bo to względnie bezpieczne no i pod nadzorem. Czym innym jest jednak takie coś, a czym innym chociażby pomysł kumpla brata na dwudniową wycieczkę do lasu na wariata, po której wzmiankowany brat dostał sraczki jak siemasz, bo nie wziął pod uwagę, że jednak picie wody bezpośrednio ze strumienia niekoniecznie jest najlepszym pomysłem świata. Niby co tam sraczka, ale to dobitnie pokazuje, że w razie czego jeśli się dobrze nie przygotujesz do dowolnego działania, efekty mogą być różne od oczekiwanych. Im więcej sytuacji, w których należy sobie jakoś poradzić tym większe później przygotowanie do ewentualnych niespodzianek, a co ważniejsze tym większa pewność,, że jeśli nie będzie to jakiś kosmiczny kataklizm to jakoś da się radę. Gdzie niby większość z nas miała tego doświadczenia nabrać? W internacie, gdzie wszystko było od początku do końca zorganizowane, dogadane, a my stawaliśmy przed wyborem: jechać na konkurs piosenki czy może pobyczyć się trochę.
--