No co do terapii szokowych, ja robiłem sobie takie z premedytacją, choćby w sposób jaki został tu wspomniany jeździłem na obozy do niemiec, zupełnie inne traktowanie ludzia. Co do radzenia sobie, przecież to jest przygoda. Każdy dzień każde wyjście gdzieś to okazja do poznania nowych ludzi i nie jako biedny ślepuś a jako ludź który umie się dogadać, mam wielu znajomych z takich wyjść w miacho. A to jakaś akcja z tramwajem albo inne takie. Jedno co robię, to jeśli mam się poruszać po bardzo niebespiecznym i ruchliwym terenie, ubieram kamizelkę. A niewidomy czy ociemniały jeszcze prościej, może sobie radzić osobiście spokojnie myję okna w domu ponoć bez smug, toalety myję, kafelki doprowadzam do ładu. Jedno czego nie umiem przejść to gotowanie ale to z innych względów nawet. Prawdziwym problemem jest tęsknota, jeśli się bardzo ceniło to co się widziało, czym tak na prawdę jest światło jakie ono jest. Podejrzewam, że wielu widzących tak na prawdę nie skupia się na tym co widzi czym to jest. a przez to w dużej mierze nie zrozumie istoty niewidzenia. Często spotykam się z tym, że widzący nie umieją zrozumieć istoty totalnego niewidzenia, wydaje im się, że być niewidomym czy ociemniałym to bardzo słabiutko widzieć. No co do samodzielności to odwaga. Byłem z kolegą też prawie niewidomym w Madrycie i czy to nas w zęby zabolało? było super i to nie tylko to że trzeba było sobie wszystko samemu organizować a też to że o przewodnika nie było łatwo bo tam trudno o kogoś kto by gadał po angielsku, nawet w metrze był z tym problem. Babka u której wynajeliśmy pokój nie umiała po angielsku, trochę po niemiecku, no więc trochę telepatią a trochę niemieckim ugadaliśmy się. No da się spokojnie. Jedyny cierń to utrata i żal, nigdy nie zapomnę tego co widziałem.
Jeszcze wracając do robienia tu offtopu, sama się tak na szkolnej pani pedagog zawiodłam i to kilka razy. Tego samego dnia rodzice wiedzieli. To jest nieuczciwe względem dziecka. Po prostu. Ja rozumiem, że jak jest osoba niepełnoletnia, rodzice mają pierwszeństwo we wszystkim, ale można jakoś inaczej, można coś zasugerować ewentualnie, a nie: "Córka mówiła, że..."
Jest chyba kilka typów takich niezaradnych osób: 1. mam chęci ale nie dano mi szansy, bo nadopiekuńczość straszna z elementami szantazu. Tutaj o tyle jest dobrze, że różne wyjazdy integracyjne, połączone z nauką różnych rzeczy plus jakieś wsparcie psychologiczne mogą dać radę. 2. Mogę ale mi się nie chce. Dla mnie tacy od razu do odstrzału, bo szkoda na nich czasu, siły i pieniędzy. 3. Nie wierzę, że mi się uda i mówcie co chcecie. Typ najgorszy, bo trzeba urobić się jak koń za pługiem i efekty niekoniecznie mogą się pojawić. Tu moim zdaniem może się okazać dobrą metoda z Zobaczyć Morze tj. zbyt mało widzących żeby ogarnąć wszystkich niewidomych i zwyczajnie musisz sobie w pewnych kwestiach poradzić, oczywiście jeśli chcesz np. gdzieś pójść, uczestniczyć w zajęciach itd. Oczywiście to wszystko musi być kotrolowane żeby protestó w stylu "a mną to się nikt nie zajmie" nie było, ewentualnie robić grupy mieszane z dobrze zintegrowanymi niewidomymi, któzy pokarzą takiemu, że się da. Tu też trzeba uważać żeby bardziej nie zdołować. Pozostaje kwestia przyporządkowania ludzi do danych kategorii i tu wymiękam prawdę mówiąc, bo niektózy kombinują jak rzadko.
ja jestem gdzies pomiedzi punktem 2 i 3. a dokladnie trojka a zaraz zania idzie dwjka. no bo jak sie niemoze w cos takiego wierzic,to sie do tego i niema sily checy ani ochoty.
A ja chciałbym zwrócić uwagę na bardzo niestosowne czasami zachowanie niewidomych, kiedy to osoba widząca chce pomóc. Zdarza się, że kiedy idziemy ulicą i zdarzy się, że błądzimy a ktoś podejdzie i spyta czy pomóc, to taki niewidomy bywa opryskliwy a nawet agresywny. wydaje mi się że jest to wysoce niestosowne, bo np. wyobraźcie sobie, że stoimy na przystanku, podjeżdża autobus a czasem 2 i kiedy spytamy o numer, to bywa, że nikt nam nie powie, bo być może ma niedobre doświadczenia z pomaganiem niewidomemu. Przecież nic się niestanie, kiedy kulturalnie za pomoc podziękujemy.
NiNIeprawda. Zdażyło się tak, że szukałem sobie drzwi do klatki, wiedziałem gdzie są, i podchodziły co raz osoby pytając, czy mogą pomóc. Oni po prostu nie potrafią zrozumieć, zę czasem się po prostu rozglądamy, a nie możemy tego zrobić w inny sposób, niż tylko chodząc.
taaa ziwek dokladnie jak w twojim nagraniu jak szedles do sklepu, gdzie to pan ci otworzil drzwi, mimo ze sam bys to zrobil, bo byles juz blisko. Ale z drugiej strony pan tes tam szedl, wiec czemu nie.
turnusy rehabilitacyjne to dla mnie zło wrodzone, ale obozy charcerskie, czy jakiekolwiek obozy integracyjne, wstylu zobaczyć może, icc i takie różne inicjatywy gdzie wiadomo, że niewidomy będzie musiał się troche bardziej zająć sobą są spoko.
Ogólnie, to trzeba chyba znaleźć złoty środek, bo my się rozglądamy i słabe jest to, że ludzie absolutnie nie łączą faktu, że wychodzimy na ulicę z tym, że chyba coś umiemy. Inna sprawa, że nie można być dla takich ludzi nieuprzejmymi, no bo jednak nie wiedzą, a wygląda to czasem, jak wygląda i tutaj się złotej metody nie wynajdzie. Oczywiście sprawa ma się kompletnie inaczej, kiedy ludzie pomagają, albo w ogóle robią coś w brew woli niewidomego. Wtedy rozumiem, że można się wkurzyć, no ale tutaj, to już jest każdego sprawa. Nie wiem czemu, ale ludzie czasem nie mają w ogóle wyczucia, że niewidomy też człowiek i np. wcale nie musi sobie życzyć, żeby go ktoś fizycznie z miejsca na miejsce przestawiał. Oczywiście ja rozumiem i byłam w sytuacjach, kiedy ktoś mnie poprowadził, jak przewodnik, wziął za ramię, czy coś. ALe słyszałam też o przypadku, kiedy jedna dziewczyna, wsiadając do metra chyba, spotkała panią, która tak usilnie chciała jej pomóc, że nie dość, że ją cały czas trzymała i tam właśnie jakoś tak przestawiała, to jeszcze, najwyraźniej, niereagowała na protesty. Podobno ta dziewczyna w pewnym momencie straciłą cierpliwość i powiedziała coś w stylu, żeby ta pani sobie może kogoś innego tak zaczęła szarpać. Tutaj jednak, jeśli rzeczywiście nic nie działało, to to rozumiem, bo umówmy się, tak by zareagował nie tylko niewidomy, ale także i widzący. Jak chodzę z widzącymi na niewidzialną wystawę, co najczęściej słyszę? Że muszą się przyzwyczaić nietylko do ciemności, ale też do tego, że nieuniknione jest tam po prostu dotknięcie kogoś, większy kontakt fizyczny, niż zwykle. I chociaż niewidomi są do tego często trochę bardziej przyzwyczajeni, to jednak bez przesady.
rzeczy niemożliwe od ręki, cuda w przeciągu trzech dni.
tak jak mówię. Jak ktoś nie wie jak pomóc, delikatnie mnie chwyta za ramię, rękę, może lekko popycha, ale widzę, że się stara, ale jednocześnie pyta i słucha tego, co ja mówię to nawet jak pomaga w najgorszy sposób to jestem naprawdę rad takiej pomocy. Jedna pani dzisiaj chciała mi pokazać że idę przy samej ścianie budynku, w tym celu wzięła moją laskę za końcówkę i stuknęła w budynek, no dla mnie było to tak nieporadne, że aż śmieszne. Ale zaregowała gdy jej powiedziałem, że spokojnie, wiem, że słyszę, że wyczuwam ten budynek i że wiem ggdzie idę. A pani zamiast się obrażać zareagowała zwyczajnie, z lekkim zaciekawieniem i wszystko. Widać, że słuchała mnie a nie bezmyślnie robiła, co jej się wydawało słuszne. Pomoc nieporadna? Owszem. Ale za umiejętność słuchania, 5 z plusem.
trzeba ludzi uświadamiać, że my nie wymagamy specjalstycznie udzielonej pomocy, nie wymagamy, żeby osoby które mają z nami kontakt miały fachową wiedzę o osobach niewidomych, jedyne, czego wymagamy to umiejętności słuchania ze zrozumieniem. Czy to jest wiele? Dla mnie to jest podstawowa umiejętność naszego gatunku.
a mi sie raz stalo, ze pan kod karuzeli mnie do niej zaprowadzil w taki sposob, ze jak juz wyszliszmy poschodkach nagore, i bylyszmy narownej plasciznie, to zlapal mnie za obie rece, i ja szlam dotylu, on doprzodu, i nakierowal mnie tak, ze doslownie zadupa poczulam siedzenie no to usiadlam:D hahah a inny pan zrobil tak, ze niewiedzial jak mi wytlumaczyc ze jest schod, bo pan byl austriakiem a ja niemieckiego nieznam, no to co zrobil? poprostu podniosl mi na ten schod noge:D
Oczywiście, że nie można być nieuprzejmym. Tylko straszne jest to, jak komuś tłumaczysz, że wszystko ok, że chcesz sobie samodzielnie ogarnąć co i jak, ale nie dociera.
Z tym się zgadzam, wiem, że to trochę słabo. Ja po prostu teraz każdemu powtarzam, że sorry, ale argument: nie wiem, działa tylko 3 razy. Jak kolejny raz powtórzę to samo, no to przepraszam bardzo, ale już wiesz. :p
rzeczy niemożliwe od ręki, cuda w przeciągu trzech dni.
No cóż nadgorliwość pomagających bywa czasami bardzo trudna do zniesienia. Na przykład stoimy sobie na przystanku tramwajowym, nadjeżdża tramwaj a jakieś stalowe ręce chwytają nas wnoszą do tegoż tramwaju i nie zdążymy nawet zareagować a tramwaj już się rozpędzi.No i niestety, żeby komuś solidnie nie przyłożyć trzeba cierpliwie wybrnąć z sytuacji. I jeszcze jeden przykład na żelazną cierpliwość. Pewnego razu, było to w zimie. Zadymka, śnieg prawie po pas, kolczaste krzewy a ja musieałem dotrzeć do drzwi budynku. Przechodziła tamtędy osoba, którą znałem. Poprosiłem, żeby mnie tylko naprowadziła na ścieżkę, ale ona stwierdziła, że bardzo się spieszy i niemal przez pół godziny chcąc niechcąc musiałem w tym śniegu brnąć, ale do drzwi dotarłem.Na szczęście takie próby cierpliwości są rzadkością.