W sumie nie bardzo miałam pojęcie jak zatytułować wątek, ale do czego zmierzam.
Na moim osiedlu jest jeden market Stokrotką zwany, w którym samodzielnie robię zakupy. Jestem tam ostatnio bardzo częstym bywalcem, więc nie muszę jakoś specjalnie korzystać z pomocy personelu. Jakież zatem było moje zdziwienie, gdy ochroniarz podszedł do mnie i spytał czy może mi jakoś pomóc. Nie musiał, ale skoro chciał, no cóż, nie odmówiłam, bo moje zakupy miały szanse znacznie się skrócić.
Co jednak ciekawe, pan ów mimo, iż sam pomoc zaoferował to bardzo szybko popadał w irytację, denerwował się i ciężko przy tym wzdychał, jakby miał przed sobą conajmniej nierozgarniętego 3-latka, no dobra, córka ze mną była, ale ten... To w końcu ja robiłam zakupy, prawda...
Oferowanie pomocy powtarzało się kikukrotnie, w sensie, gdy tylko pan był na zmianie to ile razy bym nie przyszła, tyle razy chciał pomagać, przy czym zawsze popadał w irytację.
I teraz tak, mogłabym powiedzieć, że pomocy nie potrzebuję, ale właśnie, pewnego dnia może się okazać, że jednak może się ona przydać, a wówczas ten pan nie będzie skłonny mi jej udzielić, no więc raczej nie posunę się do tego, choć zaręczam, że mam ochotę, ale na razie jeszcze zaciskam zęby.
Nie będę jednak pytać was o radę co zrobić z takim delikwentem, raczej chciałabym zapytać czy wam również ktokolwiek z własnej nieprzymuszonej woli oferował pomoc, po czym udzielał jej z niechęcią.
Jak żyję już na tym świecie ponad 30 lat tak chyba jeszcze nie spotkałam drugiego równie dziwnego człowieka.