Miałam kiedyś taki status, albo nawet sygnaturkę, który oddawał istotę problemu. xd Krukonka - z przymusu. Ślizgonka - z charakteru. Puchonka - dla najbliższych. Gryfonka - wyłącznie po spożyciu... yyy, soku pomarańczowego oczywiście.
Ja robiłam test na pottermore, polecam serdecznie, wyszedł mi Gryffindor, ale nie wiem, czy się z tym zgadzam. W sensie, podejście do nauki mam iście gryfońskie, za to do zasad już brdziej wężowe chyba, z kolei na Slytherin jestem zbyt... nie wiem... leniwa w reagowaniu? W sensie, jakby oni się tak wkręcali, w te wygrane, w te włądze, w te czystości krwi... Nie dość, że bym się nie zgadzała, to jeszcze by mi się nawet nie chciało tak obruszać, jak oni. Mam wrażenie, że oni tam często byli z jakichś dobrych rodzin, takich mocno tradycyjnych. Nudziłabym się. Pokój wspólny krukoni mieli zarąbisty, ale w życiu bym nie trafiła do Ravenclawu.
rzeczy niemożliwe od ręki, cuda w przeciągu trzech dni.
Mnie w tym teście wyszedł Ravenclaw. Tak mi się w sumie wydaje, że granica między Ravenclawem, a Slytherinem jest bardziej płynna, niż między Gryffindorem, a Slytherinem, jeśli wiecie, co mam na myśli.
O tak, zdecydowanie. Ale ja myślę, że i w Slytherinie byli ludzie pozornie przeciętni. Na przykład taki Snape. Zdolne toto było, temu się nie da zaprzeczyć, ale wydaje mi się, że nawet, gdyby jego sytuacja była bardziej... normalna, do jakiejś wielkiej potęgi by nie doszedł.
Ale on tej potęgi pragnął włąśnie ze względu na sytuację, które go otaczały i kształtowały. Jak się namawia ludzi do bycia w organizacjach typowo takich, jak u voldemorta? Pokazuje im się, co mogą przez to osiągnąć, a takiego SNapea nie trudno było przekonać do tego, że mógłby wreszcie pokonać swoich prześladowców, czy coś. Inna rzecz, że nie był wcale jakimś miłym i uczynnym człowiekiem, więc sam sobie nie pomagał zbytnio
rzeczy niemożliwe od ręki, cuda w przeciągu trzech dni.
Maju, trochę nie to miałam na myśli. Chodzi mi o to, że gdyby jego sytuacja od początku była normalna; ormalna rodzina i te sprawy. Możliwe, że również trafiłby do Slytherinu i był sobie spokojnym, może niezbyt sympatycznym, ważycielem eliksirów. Generalnie chodzi mi o to, że nie wszyscy w Slytherinie musieli być rąbnięci na pewnym punkcie, a właściwie punktach. Swoją drogą, taki Neville pasował jak nic do Hufflepuffu. I co? To są naprawdę płynne granice i nawet w obrębie domów musieli być przecież ludzie o przeróżnych cechach charakteru. Gdyby tak potraktować ten podział naprawdę bardzo restrykcyjnie, to byłaby niezła katastrofa. ;)
Oczywiście, ale w każdym są cechy dominujące i np. w Nevileu już na początku się gryfon objawił, jakby się tak uprzeć. Z jednej strony kwestia wychowania, z drugiej Syriusz poszedł do Gryffindoru, to co, z przekory? xd
rzeczy niemożliwe od ręki, cuda w przeciągu trzech dni.
Ja tak sobie myślę, że mogło być trochę tak, jak w przypadku Harry'ego. Może Tiara brała też pod uwagę to, gdzie się podświadomie chciało, lub nie chciało trafić?