W szkole i w pracy.

Kto do masówki!

Założony przez tomecki 56 wpisów ostatni wpis 4 lata temu Strona 3 z 3

#41 3 polubienia Edytowano

To też nie było tak, że w ogóle nie miałam tyflopedagogów, ale nie jest też prawdą, że osoba, która nie ma papierka, że jest tyflopedagogiem, nie nauczy dziecka brajla, nie popadajmy w przesadę.

Moja nauczycielka z 1-3 poszła na tyflo, jak byłam w trzeciej klasie dopiero, a uwierzcie, nie byłam analfabetką. Mało tego, po mojej masówce ogarniałam sporo rzeczy lepiej niż inni niewidomi, więc...
***
🇺🇦 🇵🇱

#42 4 polubienia

No o tym zasadniczo mówię. Sporo wtych kwestiach, sądzę, że nawet naprawdę mnóstwo zależy od indywidualnego ogarnięcia i pojętności samego dziecka.

#43 3 polubienia

Mnie brajla nauczyli w dużym stopniu rodzice, którzy, nota bene, nie umieją brajla. Dopytywałam o literkę, której nie znałam, a była mi potrzebna i mama czy tato zaglądali do ściągi, no i było!

#44 2 polubienia

Ja też się tak uczyłam po częsci. Ale u mnie to raczej było przypominanie, o ile pamiętam, bo większość liter kojarzyłam z zajęć z tyflopedagogiem właśnie

-- (Wiolinistka):
Mnie brajla nauczyli w dużym stopniu rodzice, którzy, nota bene, nie umieją brajla. Dopytywałam o literkę, której nie znałam, a była mi potrzebna i mama czy tato zaglądali do ściągi, no i było!

--
***
🇺🇦 🇵🇱

#45 2 polubienia

U mnie sprawa z brajlem poszła zupełnie innym torem. Ostatecznie trafiłem do szkoły, która zatrudniała brajlistkę, ale co ciekawe, brajla nauczyłem się dużo, dużo wcześniej, prawdę mówiąc znałem go, idąc do przedszkola.
A to z inicjatywy znajomej rodzinie psycholożce, która namówiła rodziców, by po prostu prywatnie znaleźć kogoś, kto mnie nauczy brajla kiedy miałem te 5 lat. I nie wiem, czy to nie jest naprawdę dobra droga w takim wypadku.
#StandWithUkraine

Shoot for the Moon. Even if you miss, you'll land among the stars.

#46 1 polubienie

Ja do przedszkola nie chodziłam, a do zerówki miesiąc, więc siłą rzeczy uczyłam się na początku zerówki i od października już w pierwszej klasie tego brajla ;)

#47 1 polubienie

Heh, z tyflopedagogiem może się to skończyć tak samo, jak nie gorzej.
-- (Tygrysica):
Właśnie o tych asystentów chodzi. W przypadku dziecka niewidomego, kiedy nie ma asystenta tyflopedagoga, a rodzice nie zadbają, to może takie dziecko zostać analfabetą, bo go nikt braille'a nie nauczy.

--
***Jak ja nie cierpię sPAMerfów!

#48

Ja brajla na początku nauczyłem się w taki sposób, że wziąłem do ręki maszynę, a jako, że maszyna mówiła każdą literę, było mi łatwiej ją zapamiętać. Mama mówiła, od jakiej litery zaczynamy i w ten sposób, przed pójściem do szkoły, alfabet miałem opanowany, choć znaku wielkiej litery nauczono mnie w ośrodku, bo jako niedoświadczony użytkownik brajla myślałem, że duże litery piszemy dodając do nich punkt 7, a cyfry punkt 8. Oczywiście chodziło mi o ośmiopunktowy brajl komputerowy. Czytać brajla w miesiąc z kolei nauczyła mnie bardzo dobra brajlistka i to jeszcze na specjalnych, francuzkich kubarytmach, dzięki czemu brajla znam do dziś, choć nie posługuję się nim na co dzień.

#49 2 polubienia

Co to są francuskie kubarytmy?
Dziękuję użytkownikom portalu Elten Link za możliwość obserwowania środowiska niewidomych. Stanowiło to dla mnie etap wstępny do pracy z niewidomymi na żywo.

#50 1 polubienie Edytowano

To jest taka jakby podstawka z otworami, do których wkłada się specjalne klocki, które odpowiadają poszczególnym literom. Z takiej literowej rozsypanki, układając jeden klocek obok drugiego można ułożyć poszczególne wyrazy.

#51 1 polubienie

A to nie.
Ja miałam tylko taką wąską drewnianą tabliczkę z
10 złączonych deseczek.
na każdej z nich było 6 otworów,
ułożonych w formę brajlowskiego sześciopunktu.
Do tych otworów wkładało się takie kołeczki i tak układało litery/wyrazy.
Zwało się to piurnikiem,
nie wiem dla czego do dziś dnia.
Sygnatura:

Cis najzieleńszy jest zimą;
ma zwyczaj śpiewać kiedy płonie.


Heilung -
"Norupo".

#52 1 polubienie

Oo, to ja znam to, ale w formie bodajże 3-linijkowej listewki, w którą wtykało się dwoździki. Było to to zamykane od góry i dołu na wsuwane wzdłuż na prowadniczkach wyżłobionych w krawędziach, które były podwyższone deseczki, po jednej na dół i górę piórniczka.

#53

Tak, to się nazywało piurnik, nie kubarytmy.
***Jak ja nie cierpię sPAMerfów!

#54 1 polubienie

A ja miałem jakieś kubarytmy matematyczne, czyl tam nie byo wszystkich liter alfabetu tylko a b c d e f g h i j

#55

Ale mówisz o tych małych kostkach? Jak tak to pierwsze słyszę określenie francuskie kubarytmy.
-- (mateponczas):
To jest taka jakby podstawka z otworami, do których wkłada się specjalne klocki, które odpowiadają poszczególnym literom. Z takiej literowej rozsypanki, układając jeden klocek obok drugiego można ułożyć poszczególne wyrazy.

--
Potrzebuję papugę, gdyż ściga mnie kruk, za to że pożyczyłem pieniądze od bociana.

#56 1 polubienie

Też jestem po masówkach, przyczym w liceum miałam nauczanie indywidualne. Załapałam się jeszcze na czasy, gdy było ono możliwe na terenie szkoły. U mnie takie rozwiązanie się sprawdziło, ponieważ w ośrodku nie mogłabym rozwijać swoich pasji, a w konsekwencji studiować wymarzonego kierunku. Wiem, że jest sporo przeciwników nauczania indywidualnego, jednak dobrze mnie przygotowało do matury, a kontakt z ruwieśnikami miałam w szkole, bo na niektóre zajęcia chodziłam klasą, a także po za szkołą. Największe trudności stanowiły oczywiście materiały, szczegulnie na początku, gdy nie miałam jeszcze notatnika brajlowskiego i sam skan nie wystarczył. Bez pomocy rodziny nauka w ogólnodostępnej szkole niestety byłaby nie możliwa. W czasach, gdy zaczynałam edukację było trudniej. Nie wiedzieliśmy jakie prawa przysługują niewidomemu dziecku, co powinna zapewnić szkoła, nie było tak łatwo skontaktować się z innymi rodzicami, czy przeczytać na stronie internetowej. Myślę, że teraz jest dużo lepiej, są grupy facebookowe, można podpytać, czegoś się dowiedzieć. Podstawówka i gimnazjum ze swojej strony też pozostawiały iele do rzyczenia.Ostatecznie jednak nie zamieniłabym tego rozwiązania na kształcenie z dala od domu. Jestem bardzo przeciwna posyłaniu małych dzieci do internatów. Nie mówię oczywiście o rodzinach patologicznych, bo nie o tym jest ten wątek.