To też nie było tak, że w ogóle nie miałam tyflopedagogów, ale nie jest też prawdą, że osoba, która nie ma papierka, że jest tyflopedagogiem, nie nauczy dziecka brajla, nie popadajmy w przesadę.
Moja nauczycielka z 1-3 poszła na tyflo, jak byłam w trzeciej klasie dopiero, a uwierzcie, nie byłam analfabetką. Mało tego, po mojej masówce ogarniałam sporo rzeczy lepiej niż inni niewidomi, więc...
Mnie brajla nauczyli w dużym stopniu rodzice, którzy, nota bene, nie umieją brajla. Dopytywałam o literkę, której nie znałam, a była mi potrzebna i mama czy tato zaglądali do ściągi, no i było!
Ja też się tak uczyłam po częsci. Ale u mnie to raczej było przypominanie, o ile pamiętam, bo większość liter kojarzyłam z zajęć z tyflopedagogiem właśnie
-- (Wiolinistka): Mnie brajla nauczyli w dużym stopniu rodzice, którzy, nota bene, nie umieją brajla. Dopytywałam o literkę, której nie znałam, a była mi potrzebna i mama czy tato zaglądali do ściągi, no i było!
U mnie sprawa z brajlem poszła zupełnie innym torem. Ostatecznie trafiłem do szkoły, która zatrudniała brajlistkę, ale co ciekawe, brajla nauczyłem się dużo, dużo wcześniej, prawdę mówiąc znałem go, idąc do przedszkola. A to z inicjatywy znajomej rodzinie psycholożce, która namówiła rodziców, by po prostu prywatnie znaleźć kogoś, kto mnie nauczy brajla kiedy miałem te 5 lat. I nie wiem, czy to nie jest naprawdę dobra droga w takim wypadku.
#StandWithUkraine
Shoot for the Moon. Even if you miss, you'll land among the stars.
Ja do przedszkola nie chodziłam, a do zerówki miesiąc, więc siłą rzeczy uczyłam się na początku zerówki i od października już w pierwszej klasie tego brajla ;)
Heh, z tyflopedagogiem może się to skończyć tak samo, jak nie gorzej. -- (Tygrysica): Właśnie o tych asystentów chodzi. W przypadku dziecka niewidomego, kiedy nie ma asystenta tyflopedagoga, a rodzice nie zadbają, to może takie dziecko zostać analfabetą, bo go nikt braille'a nie nauczy.
Ja brajla na początku nauczyłem się w taki sposób, że wziąłem do ręki maszynę, a jako, że maszyna mówiła każdą literę, było mi łatwiej ją zapamiętać. Mama mówiła, od jakiej litery zaczynamy i w ten sposób, przed pójściem do szkoły, alfabet miałem opanowany, choć znaku wielkiej litery nauczono mnie w ośrodku, bo jako niedoświadczony użytkownik brajla myślałem, że duże litery piszemy dodając do nich punkt 7, a cyfry punkt 8. Oczywiście chodziło mi o ośmiopunktowy brajl komputerowy. Czytać brajla w miesiąc z kolei nauczyła mnie bardzo dobra brajlistka i to jeszcze na specjalnych, francuzkich kubarytmach, dzięki czemu brajla znam do dziś, choć nie posługuję się nim na co dzień.
Dziękuję użytkownikom portalu Elten Link za możliwość obserwowania środowiska niewidomych. Stanowiło to dla mnie etap wstępny do pracy z niewidomymi na żywo.
To jest taka jakby podstawka z otworami, do których wkłada się specjalne klocki, które odpowiadają poszczególnym literom. Z takiej literowej rozsypanki, układając jeden klocek obok drugiego można ułożyć poszczególne wyrazy.
A to nie. Ja miałam tylko taką wąską drewnianą tabliczkę z 10 złączonych deseczek. na każdej z nich było 6 otworów, ułożonych w formę brajlowskiego sześciopunktu. Do tych otworów wkładało się takie kołeczki i tak układało litery/wyrazy. Zwało się to piurnikiem, nie wiem dla czego do dziś dnia.
Sygnatura:
Cis najzieleńszy jest zimą; ma zwyczaj śpiewać kiedy płonie.
Oo, to ja znam to, ale w formie bodajże 3-linijkowej listewki, w którą wtykało się dwoździki. Było to to zamykane od góry i dołu na wsuwane wzdłuż na prowadniczkach wyżłobionych w krawędziach, które były podwyższone deseczki, po jednej na dół i górę piórniczka.
Ale mówisz o tych małych kostkach? Jak tak to pierwsze słyszę określenie francuskie kubarytmy. -- (mateponczas): To jest taka jakby podstawka z otworami, do których wkłada się specjalne klocki, które odpowiadają poszczególnym literom. Z takiej literowej rozsypanki, układając jeden klocek obok drugiego można ułożyć poszczególne wyrazy.
--
Potrzebuję papugę, gdyż ściga mnie kruk, za to że pożyczyłem pieniądze od bociana.
Też jestem po masówkach, przyczym w liceum miałam nauczanie indywidualne. Załapałam się jeszcze na czasy, gdy było ono możliwe na terenie szkoły. U mnie takie rozwiązanie się sprawdziło, ponieważ w ośrodku nie mogłabym rozwijać swoich pasji, a w konsekwencji studiować wymarzonego kierunku. Wiem, że jest sporo przeciwników nauczania indywidualnego, jednak dobrze mnie przygotowało do matury, a kontakt z ruwieśnikami miałam w szkole, bo na niektóre zajęcia chodziłam klasą, a także po za szkołą. Największe trudności stanowiły oczywiście materiały, szczegulnie na początku, gdy nie miałam jeszcze notatnika brajlowskiego i sam skan nie wystarczył. Bez pomocy rodziny nauka w ogólnodostępnej szkole niestety byłaby nie możliwa. W czasach, gdy zaczynałam edukację było trudniej. Nie wiedzieliśmy jakie prawa przysługują niewidomemu dziecku, co powinna zapewnić szkoła, nie było tak łatwo skontaktować się z innymi rodzicami, czy przeczytać na stronie internetowej. Myślę, że teraz jest dużo lepiej, są grupy facebookowe, można podpytać, czegoś się dowiedzieć. Podstawówka i gimnazjum ze swojej strony też pozostawiały iele do rzyczenia.Ostatecznie jednak nie zamieniłabym tego rozwiązania na kształcenie z dala od domu. Jestem bardzo przeciwna posyłaniu małych dzieci do internatów. Nie mówię oczywiście o rodzinach patologicznych, bo nie o tym jest ten wątek.