Nie polecam obieraczek z kilkoma ostrzami na obrotowym takim jakby bembenku. Lepiej najzwyklejsza obieraczka, z jednym ostrzem i tyle. Najprostrza, jeno w uchwycie trzeba sobie znaleźć to, co lubimy.
No właśnie mam problem z wyborem obieraczki. Jak ostatni raz miałem zajęcia w Ikarze w marcu, to Pani kucharka, z którą mam te zajęcia polecała mi obieraczkę z drewnianym trzonkiem i miejscem wypukłym na kciuk na dolnej części rękojeści, bo lepiej się tą obieraczkę trzyma. Za chiny ludowe czegoś takiego nie mogę znaleść, byłem w paru sklepach z urządzeniami do gospodarstwa domowego, pytałem osób w mojej rodzinie, i nigdzie nie ma takiej obieraczki, o której się dowiedziałem od Pani kucharki. Nie mam już pomysłu, gdzie czegoś takiego szukać.
-- (Pitef):
Nie polecam obieraczek z kilkoma ostrzami na obrotowym takim jakby bembenku. Lepiej najzwyklejsza obieraczka, z jednym ostrzem i tyle. Najprostrza, jeno w uchwycie trzeba sobie znaleźć to, co lubimy.
--
-- (Pitef):
Nie polecam obieraczek z kilkoma ostrzami na obrotowym takim jakby bembenku. Lepiej najzwyklejsza obieraczka, z jednym ostrzem i tyle. Najprostrza, jeno w uchwycie trzeba sobie znaleźć to, co lubimy.
--
Może jakieś allegro? Wklejanie linków do AI z wcześniej ustalonymi parametrami?
Ja np. nie lubię obieraczek z ostrzem prostopadłym do trzonka.
-- (markus1234):
No właśnie mam problem z wyborem obieraczki. Jak ostatni raz miałem zajęcia w Ikarze w marcu, to Pani kucharka, z którą mam te zajęcia polecała mi obieraczkę z drewnianym trzonkiem i miejscem wypukłym na kciuk na dolnej części rękojeści, bo lepiej się tą obieraczkę trzyma. Za chiny ludowe czegoś takiego nie mogę znaleść, byłem w paru sklepach z urządzeniami do gospodarstwa domowego, pytałem osób w mojej rodzinie, i nigdzie nie ma takiej obieraczki, o której się dowiedziałem od Pani kucharki. Nie mam już pomysłu, gdzie czegoś takiego szukać.
-- (Pitef):
Nie polecam obieraczek z kilkoma ostrzami na obrotowym takim jakby bembenku. Lepiej najzwyklejsza obieraczka, z jednym ostrzem i tyle. Najprostrza, jeno w uchwycie trzeba sobie znaleźć to, co lubimy.
--
--
Ja np. nie lubię obieraczek z ostrzem prostopadłym do trzonka.
-- (markus1234):
No właśnie mam problem z wyborem obieraczki. Jak ostatni raz miałem zajęcia w Ikarze w marcu, to Pani kucharka, z którą mam te zajęcia polecała mi obieraczkę z drewnianym trzonkiem i miejscem wypukłym na kciuk na dolnej części rękojeści, bo lepiej się tą obieraczkę trzyma. Za chiny ludowe czegoś takiego nie mogę znaleść, byłem w paru sklepach z urządzeniami do gospodarstwa domowego, pytałem osób w mojej rodzinie, i nigdzie nie ma takiej obieraczki, o której się dowiedziałem od Pani kucharki. Nie mam już pomysłu, gdzie czegoś takiego szukać.
-- (Pitef):
Nie polecam obieraczek z kilkoma ostrzami na obrotowym takim jakby bembenku. Lepiej najzwyklejsza obieraczka, z jednym ostrzem i tyle. Najprostrza, jeno w uchwycie trzeba sobie znaleźć to, co lubimy.
--
--
Coś z Ikei na przykład, tam jest kilka modeli różniących się kształtem rączki i grubością obierzyn.
Trudno będzie doradzić, ale tego jest tyle rodzajów i typów, że spokojnie powinieneś znaleźć jakąś, która Ci podpasuje, niekoniecznie akurat taką, jak Ci doradzała pani.
Nie wiem, czy jeszcze w przyszłości będziesz z tą osobą miał zajęcia, ale jeśli tak, to po prostu zapytaj gdzie taką kupiła. A na razie kup sobie kilka różnych i popróbuj, która najbardziej będzie Ci odpowiadać, bo tak na odległość, to trudno nawet wytłumaczyć o jaką chodzi. Ja używam tych poprzecznych z ostrzem u góry i tam jest miejsce na kciuk, ale bardziej wklęsłe niż wypukłe powiedziałabym i znajduje się na górnej części rękojeści.
Cała rękojeść jest wyprofilowana, dość płaska i szeroka. W dolnej części jest otwór. Ostrze jest ceramiczne, a rękojeść chyba z drewna albo z bardzo solidnego tworzywa.-- (markus1234):
No właśnie mam problem z wyborem obieraczki. Jak ostatni raz miałem zajęcia w Ikarze w marcu, to Pani kucharka, z którą mam te zajęcia polecała mi obieraczkę z drewnianym trzonkiem i miejscem wypukłym na kciuk na dolnej części rękojeści, bo lepiej się tą obieraczkę trzyma. Za chiny ludowe czegoś takiego nie mogę znaleść, byłem w paru sklepach z urządzeniami do gospodarstwa domowego, pytałem osób w mojej rodzinie, i nigdzie nie ma takiej obieraczki, o której się dowiedziałem od Pani kucharki. Nie mam już pomysłu, gdzie czegoś takiego szukać.
-- (Pitef):
Nie polecam obieraczek z kilkoma ostrzami na obrotowym takim jakby bembenku. Lepiej najzwyklejsza obieraczka, z jednym ostrzem i tyle. Najprostrza, jeno w uchwycie trzeba sobie znaleźć to, co lubimy.
--
--
Cała rękojeść jest wyprofilowana, dość płaska i szeroka. W dolnej części jest otwór. Ostrze jest ceramiczne, a rękojeść chyba z drewna albo z bardzo solidnego tworzywa.-- (markus1234):
No właśnie mam problem z wyborem obieraczki. Jak ostatni raz miałem zajęcia w Ikarze w marcu, to Pani kucharka, z którą mam te zajęcia polecała mi obieraczkę z drewnianym trzonkiem i miejscem wypukłym na kciuk na dolnej części rękojeści, bo lepiej się tą obieraczkę trzyma. Za chiny ludowe czegoś takiego nie mogę znaleść, byłem w paru sklepach z urządzeniami do gospodarstwa domowego, pytałem osób w mojej rodzinie, i nigdzie nie ma takiej obieraczki, o której się dowiedziałem od Pani kucharki. Nie mam już pomysłu, gdzie czegoś takiego szukać.
-- (Pitef):
Nie polecam obieraczek z kilkoma ostrzami na obrotowym takim jakby bembenku. Lepiej najzwyklejsza obieraczka, z jednym ostrzem i tyle. Najprostrza, jeno w uchwycie trzeba sobie znaleźć to, co lubimy.
--
--
Te poziome obieraczki - z ostrzem u góry - to samo zło, lecz to jedynie moja, poparta własnym doświadczeniem, opinia. Niemniej, @Markus, żeby trafić na tę jedyną, często trzeba szukać, szukać i jeszcze raz szukać, bo znalezienie tej idealnej bywaczasochłonne, ale nie niemożliwe.
No widzisz. A ja używam tylko takich. Uważam je za najwygodniejsze i najbezpieczniejsze. Jeszcze nigdy się nawet nie zadrasnęłam.
-- (Kat):
Te poziome obieraczki - z ostrzem u góry - to samo zło, lecz to jedynie moja, poparta własnym doświadczeniem, opinia. Niemniej, @Markus, żeby trafić na tę jedyną, często trzeba szukać, szukać i jeszcze raz szukać, bo znalezienie tej idealnej bywaczasochłonne, ale nie niemożliwe.
--
-- (Kat):
Te poziome obieraczki - z ostrzem u góry - to samo zło, lecz to jedynie moja, poparta własnym doświadczeniem, opinia. Niemniej, @Markus, żeby trafić na tę jedyną, często trzeba szukać, szukać i jeszcze raz szukać, bo znalezienie tej idealnej bywaczasochłonne, ale nie niemożliwe.
--
Tak, w przyszłości będę miał zajęcia z tą Panią, ale jeszcze nie wiem do końca kiedy. Coś mi się obiło o uszy, że w czerwcu. Wtedy spytam o tą obieraczkę, i będę mógł pomagać mojej mamie np. przy obieraniu kartofli na obiad. 
-- (Krzycha):
Nie wiem, czy jeszcze w przyszłości będziesz z tą osobą miał zajęcia, ale jeśli tak, to po prostu zapytaj gdzie taką kupiła. A na razie kup sobie kilka różnych i popróbuj, która najbardziej będzie Ci odpowiadać, bo tak na odległość, to trudno nawet wytłumaczyć o jaką chodzi. Ja używam tych poprzecznych z ostrzem u góry i tam jest miejsce na kciuk, ale bardziej wklęsłe niż wypukłe powiedziałabym i znajduje się na górnej części rękojeści.
Cała rękojeść jest wyprofilowana, dość płaska i szeroka. W dolnej części jest otwór. Ostrze jest ceramiczne, a rękojeść chyba z drewna albo z bardzo solidnego tworzywa.-- (markus1234):
No właśnie mam problem z wyborem obieraczki. Jak ostatni raz miałem zajęcia w Ikarze w marcu, to Pani kucharka, z którą mam te zajęcia polecała mi obieraczkę z drewnianym trzonkiem i miejscem wypukłym na kciuk na dolnej części rękojeści, bo lepiej się tą obieraczkę trzyma. Za chiny ludowe czegoś takiego nie mogę znaleść, byłem w paru sklepach z urządzeniami do gospodarstwa domowego, pytałem osób w mojej rodzinie, i nigdzie nie ma takiej obieraczki, o której się dowiedziałem od Pani kucharki. Nie mam już pomysłu, gdzie czegoś takiego szukać.
-- (Pitef):
Nie polecam obieraczek z kilkoma ostrzami na obrotowym takim jakby bembenku. Lepiej najzwyklejsza obieraczka, z jednym ostrzem i tyle. Najprostrza, jeno w uchwycie trzeba sobie znaleźć to, co lubimy.
--
--
--

-- (Krzycha):
Nie wiem, czy jeszcze w przyszłości będziesz z tą osobą miał zajęcia, ale jeśli tak, to po prostu zapytaj gdzie taką kupiła. A na razie kup sobie kilka różnych i popróbuj, która najbardziej będzie Ci odpowiadać, bo tak na odległość, to trudno nawet wytłumaczyć o jaką chodzi. Ja używam tych poprzecznych z ostrzem u góry i tam jest miejsce na kciuk, ale bardziej wklęsłe niż wypukłe powiedziałabym i znajduje się na górnej części rękojeści.
Cała rękojeść jest wyprofilowana, dość płaska i szeroka. W dolnej części jest otwór. Ostrze jest ceramiczne, a rękojeść chyba z drewna albo z bardzo solidnego tworzywa.-- (markus1234):
No właśnie mam problem z wyborem obieraczki. Jak ostatni raz miałem zajęcia w Ikarze w marcu, to Pani kucharka, z którą mam te zajęcia polecała mi obieraczkę z drewnianym trzonkiem i miejscem wypukłym na kciuk na dolnej części rękojeści, bo lepiej się tą obieraczkę trzyma. Za chiny ludowe czegoś takiego nie mogę znaleść, byłem w paru sklepach z urządzeniami do gospodarstwa domowego, pytałem osób w mojej rodzinie, i nigdzie nie ma takiej obieraczki, o której się dowiedziałem od Pani kucharki. Nie mam już pomysłu, gdzie czegoś takiego szukać.
-- (Pitef):
Nie polecam obieraczek z kilkoma ostrzami na obrotowym takim jakby bembenku. Lepiej najzwyklejsza obieraczka, z jednym ostrzem i tyle. Najprostrza, jeno w uchwycie trzeba sobie znaleźć to, co lubimy.
--
--
--
Ale pokaleczyć się też łatwiej, cnie?
-- (mustafa):
Ja polecam obieraczkę victorinox. Ostra na tyle że skórka z warzyw sama odchodzi xd
--
-- (mustafa):
Ja polecam obieraczkę victorinox. Ostra na tyle że skórka z warzyw sama odchodzi xd
--
No właśnie nie, dobrze jest zrobiona, ale jak będziesz chciała obrać siebieze skórki to też się da.
Edited
5 likes
Obieraczką, jeśli naprawdę się uprzesz, też by się dało. Tylko na ogół trzeba się trochę postarać. Nie wiem tylko, po co. :D
Tu na marginesie taka mała uwaga: proszę państwa, to naturalne, że skaleczenie czy oparzenie się powodować może lęk przed kolejnymi próbami i strach przedd powtórką. Tylko, kurczę, nie zrażajcie się tym. Takie rzeczy w kuchni czasem się po prostu zdarzają. Im bardziej ostrożni będziecie, tym, i tak nie jakieś wielkie, prawdopodobieństwo spowodowania katastrofy i poważnego uszkodzenia siebie i mienia będzie mniejsze. Spokojnie, powoli, uważnie, bez panikowania, a będzie dobrze.
Tu na marginesie taka mała uwaga: proszę państwa, to naturalne, że skaleczenie czy oparzenie się powodować może lęk przed kolejnymi próbami i strach przedd powtórką. Tylko, kurczę, nie zrażajcie się tym. Takie rzeczy w kuchni czasem się po prostu zdarzają. Im bardziej ostrożni będziecie, tym, i tak nie jakieś wielkie, prawdopodobieństwo spowodowania katastrofy i poważnego uszkodzenia siebie i mienia będzie mniejsze. Spokojnie, powoli, uważnie, bez panikowania, a będzie dobrze.
Z tych paru blizn, które mam po eksperymentach kuchennych na przestrzeni ostatniej dekady jestem dumny i każda mi o czymś przypomina :)
Było warto.
Było warto.
Jeszcze jedna rada: Jeśli już się oparzymy, to warto natychmiast przyłożyć sobie na to miejsce coś schłodzonego lub lód, względnie - silica gel z zamrażarki. Natychmiastowa kuracja tego typu, podparta może później posmarowaniem maścią z Pantenolem, zdecydowanie zmniejsza straty. Następnego dnia czasami nie widać, że coś się w ogóle działo.
-- (Zuzler):
Obieraczką, jeśli naprawdę się uprzesz, też by się dało. Tylko na ogół trzeba się trochę postarać. Nie wiem tylko, po co. :D
Tu na marginesie taka mała uwaga: proszę państwa, to naturalne, że skaleczenie czy oparzenie się powodować może lęk przed kolejnymi próbami i strach przedd powtórką. Tylko, kurczę, nie zrażajcie się tym. Takie rzeczy w kuchni czasem się po prostu zdarzają. Im bardziej ostrożni będziecie, tym, i tak nie jakieś wielkie, prawdopodobieństwo spowodowania katastrofy i poważnego uszkodzenia siebie i mienia będzie mniejsze. Spokojnie, powoli, uważnie, bez panikowania, a będzie dobrze.
--
-- (Zuzler):
Obieraczką, jeśli naprawdę się uprzesz, też by się dało. Tylko na ogół trzeba się trochę postarać. Nie wiem tylko, po co. :D
Tu na marginesie taka mała uwaga: proszę państwa, to naturalne, że skaleczenie czy oparzenie się powodować może lęk przed kolejnymi próbami i strach przedd powtórką. Tylko, kurczę, nie zrażajcie się tym. Takie rzeczy w kuchni czasem się po prostu zdarzają. Im bardziej ostrożni będziecie, tym, i tak nie jakieś wielkie, prawdopodobieństwo spowodowania katastrofy i poważnego uszkodzenia siebie i mienia będzie mniejsze. Spokojnie, powoli, uważnie, bez panikowania, a będzie dobrze.
--
Względnie natentychmiast dać oparzone pod kran z zimną wodą. Taka temperatura wystarczy, żeby punktowo ochłodzić skórę, a o to najbardziej chodzi w pierwszej chwili.
2 likes
Kilka protipów dla tych, którzy nie umieją w kuchnię:
1. Na pewno we Frisco, być może inne sklepy też mają już obraną cebulę z uciachanym tym, co powinno być uciachane.
2. Inne warzywa też.
3. Mięso już pokrojone w kawałki również znajdziemy. Problemy mogą być dwa. Jest zdecydowanie droższe od takiego w całości no i bywa, że chcielibyśmy trochę inny rozmiar tych kawałków.
4. Jeśli chcesz łatwo, szybko i raczej bezpiecznie posiekać cebulę albo coś podobnego to polecają się takie siekadła ze sznurkiem. Okrągłe, plastikowe pudełko, w środku taki wyjmowany hm... słupek z nożami, które często są naprawdę ostre więc dobrze na nie uważać podczas zmywania, w końcu pokrywka z rączką. Do rączki przyczepiony jest sznurek, który chowa się w pokrywce. W przypadku cebuli dobrze jest ją przekroić na połówki lub ćwiartki żeby było łatwiej i nie popsuć na dzień dobry ustrojstwa. Wkładamy cebule do pudełka, zamykamy pokrywką i piłujemy rączką ze sznurkiem. Im więcej się napiłujemy, tym to, co w środku będzie dokładniej posiekane. Kilkanaście razy z reguły wystarczy. Ja mam z Tefala. Drogie, ale raczej solidne. Chyba.
5. Dobra patelnia jest waaażnaaa! Teraz zabrzmię jak spamiarz, bo polecę konkretną serię produktów. Chodzi o Tefal Ingenio. Żeby tam coś przywarło to trzeba się autentycznie postarać. Jajecznica bez grama tłuszczu, która okazała się trochę jajkami sadzonymi, bo ciut się oparzyłem i zanim ogarnąłem dłonie własne osobiste to się ścięło, ale dało radę podważyć i odeszło bez problemu. W sumie to i tak miało być danie eksperymentalne coby zobaczyć, czy się przyklei. W ogóle, zwłaszcza na początku kulinarnej przygody, wszędzie tam, gdzie trzeba mieszać na patelni, polecam jak najwyższe coby jak najmniej rozchlapać po kuchence.
6. Jeśli już mowa o kuchenkach to zdecydowanie polecam indukcję. Jeśli masz w domu już zainstalowaną gazową albo taką, która jest zasadniczo niedostępna, można kupić takie małe, z jednym polem grzewczym. Na początek powinno wystarczyć. Można to to postawić na blacie, czy gdziekolwiek. Czemu indukcja? Ma małą bezwładność cieplną, czyli zmiana mocy pola bardzo szybko przekłada się na temperaturę gara. Prócz tego z reguły bardzo łatwo się to to czyści, bo to gładka, szklana powierzchnia.
1. Na pewno we Frisco, być może inne sklepy też mają już obraną cebulę z uciachanym tym, co powinno być uciachane.
2. Inne warzywa też.
3. Mięso już pokrojone w kawałki również znajdziemy. Problemy mogą być dwa. Jest zdecydowanie droższe od takiego w całości no i bywa, że chcielibyśmy trochę inny rozmiar tych kawałków.
4. Jeśli chcesz łatwo, szybko i raczej bezpiecznie posiekać cebulę albo coś podobnego to polecają się takie siekadła ze sznurkiem. Okrągłe, plastikowe pudełko, w środku taki wyjmowany hm... słupek z nożami, które często są naprawdę ostre więc dobrze na nie uważać podczas zmywania, w końcu pokrywka z rączką. Do rączki przyczepiony jest sznurek, który chowa się w pokrywce. W przypadku cebuli dobrze jest ją przekroić na połówki lub ćwiartki żeby było łatwiej i nie popsuć na dzień dobry ustrojstwa. Wkładamy cebule do pudełka, zamykamy pokrywką i piłujemy rączką ze sznurkiem. Im więcej się napiłujemy, tym to, co w środku będzie dokładniej posiekane. Kilkanaście razy z reguły wystarczy. Ja mam z Tefala. Drogie, ale raczej solidne. Chyba.
5. Dobra patelnia jest waaażnaaa! Teraz zabrzmię jak spamiarz, bo polecę konkretną serię produktów. Chodzi o Tefal Ingenio. Żeby tam coś przywarło to trzeba się autentycznie postarać. Jajecznica bez grama tłuszczu, która okazała się trochę jajkami sadzonymi, bo ciut się oparzyłem i zanim ogarnąłem dłonie własne osobiste to się ścięło, ale dało radę podważyć i odeszło bez problemu. W sumie to i tak miało być danie eksperymentalne coby zobaczyć, czy się przyklei. W ogóle, zwłaszcza na początku kulinarnej przygody, wszędzie tam, gdzie trzeba mieszać na patelni, polecam jak najwyższe coby jak najmniej rozchlapać po kuchence.
6. Jeśli już mowa o kuchenkach to zdecydowanie polecam indukcję. Jeśli masz w domu już zainstalowaną gazową albo taką, która jest zasadniczo niedostępna, można kupić takie małe, z jednym polem grzewczym. Na początek powinno wystarczyć. Można to to postawić na blacie, czy gdziekolwiek. Czemu indukcja? Ma małą bezwładność cieplną, czyli zmiana mocy pola bardzo szybko przekłada się na temperaturę gara. Prócz tego z reguły bardzo łatwo się to to czyści, bo to gładka, szklana powierzchnia.
A teraz przepis, który uwzględnia to, co w tych protipach:
1. Zakupy: w Lidlu, pewnie w innych sklepach również, jest sobie mięcho drobiowe krojone w słupki. Standardowo w opakowaniu jest chyba 400g. Z reguły kupuję takie dwa lub trzy żeby na dłużej starczyło. Skoro obraną cebulę również można kupować to czemu tyż nie skorzystać. Z przypraw no to podstawa, czyli sól i piepz, a dalej to już co tam komu pasuje. Najprościej chyba jakąś Vegetę, Kucharka, czy inne takie. No i jedzenie samego mięso to takie sobie, więc ziemniaki, makaron, ryż, czy inną kaszę. Najłatwiej jest chyba z tym ryżem lub kaszą, bo od lat są już w formie torebeczek z dziurkami, które się w całości wkłada do wody, a gdy gotowe, wyciąga.
2. Przygotowanie: Cebula do posiekania. Ile? to już kwestia indywidualna. Osobiście na dwa lub trzy opakowania mięcha wrzucam dwie cebule. Gdy już rozkawałkowane, wrzucam to to na patelnię. Nie pisałem wcześniej nic o tłuszczu, bo z tym trochę skomplikowana sprawa jest. Ja np. bardzo rzadko takowego używam właśnie ze względu na to, że te Tefalowe patelnie są praktycznie w ogóle nie przywierające. Tak, wiem, że tłuszcz to jeszcze nośnik smaku, przewodnictwo cieplne i tam pewnie coś jeszcze więc pewnie spora część osób ileś tego oleju tam wleje. W każdym razie ja wsypuję wyłącznie cebulę i czekam, co jakiś czas, typu 20 sekund mieszam. Ta cebula pod łopatką lub łychą będzie z czasem zmieniała hm... sposób interakcji? znaczy konsystencję, więc opór itd. Można na początku z kimś widzącym postać sobie przy tym i niech patrzy na cebulę opowiadając, jak się zmienia. Że teraz to się szkli, rumienii itd i sobie obadać, jak to się zmienia pod mieszadłem. Każdy może lubić trochę inaczej tę cebulę obrobioną termicznie więc nie podpowiem, jak najlepiej. W każdym razie o ile nie spalimy całości na wiór, tragedii nie będzie.
Czas na mięcho. Ja wrzucam zwyczajnie z pudełek, uważam tylko coby razem z kawałkami zwierza nie wypadł pampers, który tam sobie na dnie siedzi i wilgotnieje. Znaczy takie foliowo chyba papierowe coś, co ma zbierać przy najmniej część wody, która z mięcha kapie.
Dalej dróg jest kilka. Można takie mięcho podsmażyć albo od razu zacząć dusić. Podsmażone dla większości ludzi jest smaczniejsze, ale warto trochę rzucać uchem na to, co się w środku tego szaleństwa dzieje i podejmować odpowiednie kroki. Takie podsmażanie można podzielić, zdaje się, na trzy etapy. Najpierw całość się nagrzewa i zasadniczo nic złego się nie powinno z tym dziać. Dla spokoju ducha i upewnienia się, że mięcho nie jest usypane w jednym miejscu patelni można sobie mieszać wszystko co jakiś czas. No i dzięki temu ta cebula, która była na dnie zostanie wymieszana z mięsem. Drugi etap to stan, gdy całość się mocno nagrzeje. Teraz mięcho zacznie wypuszczać ze siebie wodę, która robiąc bul bul bul, stopniowo ucieknie sobie w formie pary. Gdy się rzecz dokona, proces nabierze tempa. Temperatura zdecydowanie rośnie, a z wnętrza zaczyna dobiegać coś, co znamy jako odgłosy smażenia. Powinno zacząć ładnie pachnieć, a my, uzbrojeni w łopatkę, czy inną łychę mieszamy całość coby nie było, że część będzie bardziej, część mniej usmażona. Sprawiedliwość jakaś musi być. xd Z resztą pod tym mieszadłem takie smażone mięso też będzie trochę inaczej stawiać opór i warto to sobie poobserwować. Niech to się tak piekli minutę, dwie może, a potem czas na wodę. Osobiście leję tego tyle, aby mniej więcej przykryła to mięcho na patelni. Da się to ocenić łopatką. Można sobie wcześniej potrenować na zimnej wodzie z zanurzonym w niej czymś, jak ta łopatka będzie się zachowywać. Po za tym woda nie podgrzewa się natychmiastowo więc co odważniejsi mogą sobie nawet jakoś ręką sprawdzić delikatnie. Delikatnie, bo jakkolwiek woda jest, powiedzmy, ciepła, za to mięso zrobiło się już turbo gorące. Zostało lekko posolić całość i przykryć pokrywką. Acha, jeszcze zmniejszyć moc na jakieś 2 z 10 coby to sobie pykało lekko w środku. Znaczy żeby woda utrzymywała jak najwyższą temperaturę, ale nadal pozostała wodą i nie opuszczała gara, czy tam wysokiej patelni. z reguły na tym etapie wracam do wcześniejszych zajęć i zostawiam potrawę własnemu losowi na... no, aż sobie przypomnę, że jest. Można co kilkanaście minut sprawdzać, czy tej wody nadal jest mniej więcej ile było wcześniej. Jeśli będzie zbyt dużo, trochę się smak osłabi i takie se wyjdzie. Gdy zbyt mało, smak wyjdzie ciekawszy, ale łatwo doprowadzić do zupełnego braku tejże, a wtedy to już prosta droga do przypalenia. Pod koniec tego duszenia warto zacząć poważne przyprawianie. Nie robię tego wcześniej, bo w zależności od ilości wody, tych przypraw trzeba będzie dać więcej lub mniej. Zasadniczo sól można odmierzać łyżeczkami od herbaty, mieszać i sprawdzać, czy jest ok. Piepz to inna historia. Dwie szczypty to już dla mniektórych będzie zbyt dużo więc z tym lepiej ostrożnie. Często te kucharki lub inne Vegety mają już w sobie sól i warto to uwzględnić. Generalnie rzecz biorąc, przyprawy mają ogromny wpływ na smak i aromat całości, ale każdy lubi trochę inaczej więc tu też nie ma złotej rady.
3. Kasza / ryż. Do średniego garnka jakieś 2 litry wody stykną. Ja od razu wrzucam torebkę z kaszą, lekko solę coby nie wyparowało tak szybko i na solidne grzanie. Gdy zacznie się gotować, zmniejszam moc prawie na minimum, ale to zależy od kuchenki czy to będzie faktycznie pierwszy, drugi, a może nawet trzeci poziom tej mocy. Teraz zawartość torebki zaczyna w sensownym tempie przyjmować wodę z gara i ziarnka, które na sucho były malutkie, teraz stają się coraz większe. Dlatego właśnie te torebki mają sporo nadmiarowej przestrzeni. Jak poznać, że to już? Co jakiś czas można wyjąć jakimś widelcem czy czymś torebkę i delikatnie sprawdzić, czy jest jeszcze miejsce w środku. Jeśli tak, znaczy jeszcze gotować. Całkowicie ugotowane powoduje, że torebka jest wypełniona po brzegi i nic tam się już więcej nie zmieści. Warto też zwrócić uwagę, jakie to to jest ciężkie podczas wyjmowania, bo z czasem to wystarczy, żeby ocenić, czy w ogóle opłaca się organoleptycznie badać tę torebkę. Ostatecznie ta wchłonięta woda nadal ma swoją masę więc całość robi się zdecydowanie cięższa.
1. Zakupy: w Lidlu, pewnie w innych sklepach również, jest sobie mięcho drobiowe krojone w słupki. Standardowo w opakowaniu jest chyba 400g. Z reguły kupuję takie dwa lub trzy żeby na dłużej starczyło. Skoro obraną cebulę również można kupować to czemu tyż nie skorzystać. Z przypraw no to podstawa, czyli sól i piepz, a dalej to już co tam komu pasuje. Najprościej chyba jakąś Vegetę, Kucharka, czy inne takie. No i jedzenie samego mięso to takie sobie, więc ziemniaki, makaron, ryż, czy inną kaszę. Najłatwiej jest chyba z tym ryżem lub kaszą, bo od lat są już w formie torebeczek z dziurkami, które się w całości wkłada do wody, a gdy gotowe, wyciąga.
2. Przygotowanie: Cebula do posiekania. Ile? to już kwestia indywidualna. Osobiście na dwa lub trzy opakowania mięcha wrzucam dwie cebule. Gdy już rozkawałkowane, wrzucam to to na patelnię. Nie pisałem wcześniej nic o tłuszczu, bo z tym trochę skomplikowana sprawa jest. Ja np. bardzo rzadko takowego używam właśnie ze względu na to, że te Tefalowe patelnie są praktycznie w ogóle nie przywierające. Tak, wiem, że tłuszcz to jeszcze nośnik smaku, przewodnictwo cieplne i tam pewnie coś jeszcze więc pewnie spora część osób ileś tego oleju tam wleje. W każdym razie ja wsypuję wyłącznie cebulę i czekam, co jakiś czas, typu 20 sekund mieszam. Ta cebula pod łopatką lub łychą będzie z czasem zmieniała hm... sposób interakcji? znaczy konsystencję, więc opór itd. Można na początku z kimś widzącym postać sobie przy tym i niech patrzy na cebulę opowiadając, jak się zmienia. Że teraz to się szkli, rumienii itd i sobie obadać, jak to się zmienia pod mieszadłem. Każdy może lubić trochę inaczej tę cebulę obrobioną termicznie więc nie podpowiem, jak najlepiej. W każdym razie o ile nie spalimy całości na wiór, tragedii nie będzie.
Czas na mięcho. Ja wrzucam zwyczajnie z pudełek, uważam tylko coby razem z kawałkami zwierza nie wypadł pampers, który tam sobie na dnie siedzi i wilgotnieje. Znaczy takie foliowo chyba papierowe coś, co ma zbierać przy najmniej część wody, która z mięcha kapie.
Dalej dróg jest kilka. Można takie mięcho podsmażyć albo od razu zacząć dusić. Podsmażone dla większości ludzi jest smaczniejsze, ale warto trochę rzucać uchem na to, co się w środku tego szaleństwa dzieje i podejmować odpowiednie kroki. Takie podsmażanie można podzielić, zdaje się, na trzy etapy. Najpierw całość się nagrzewa i zasadniczo nic złego się nie powinno z tym dziać. Dla spokoju ducha i upewnienia się, że mięcho nie jest usypane w jednym miejscu patelni można sobie mieszać wszystko co jakiś czas. No i dzięki temu ta cebula, która była na dnie zostanie wymieszana z mięsem. Drugi etap to stan, gdy całość się mocno nagrzeje. Teraz mięcho zacznie wypuszczać ze siebie wodę, która robiąc bul bul bul, stopniowo ucieknie sobie w formie pary. Gdy się rzecz dokona, proces nabierze tempa. Temperatura zdecydowanie rośnie, a z wnętrza zaczyna dobiegać coś, co znamy jako odgłosy smażenia. Powinno zacząć ładnie pachnieć, a my, uzbrojeni w łopatkę, czy inną łychę mieszamy całość coby nie było, że część będzie bardziej, część mniej usmażona. Sprawiedliwość jakaś musi być. xd Z resztą pod tym mieszadłem takie smażone mięso też będzie trochę inaczej stawiać opór i warto to sobie poobserwować. Niech to się tak piekli minutę, dwie może, a potem czas na wodę. Osobiście leję tego tyle, aby mniej więcej przykryła to mięcho na patelni. Da się to ocenić łopatką. Można sobie wcześniej potrenować na zimnej wodzie z zanurzonym w niej czymś, jak ta łopatka będzie się zachowywać. Po za tym woda nie podgrzewa się natychmiastowo więc co odważniejsi mogą sobie nawet jakoś ręką sprawdzić delikatnie. Delikatnie, bo jakkolwiek woda jest, powiedzmy, ciepła, za to mięso zrobiło się już turbo gorące. Zostało lekko posolić całość i przykryć pokrywką. Acha, jeszcze zmniejszyć moc na jakieś 2 z 10 coby to sobie pykało lekko w środku. Znaczy żeby woda utrzymywała jak najwyższą temperaturę, ale nadal pozostała wodą i nie opuszczała gara, czy tam wysokiej patelni. z reguły na tym etapie wracam do wcześniejszych zajęć i zostawiam potrawę własnemu losowi na... no, aż sobie przypomnę, że jest. Można co kilkanaście minut sprawdzać, czy tej wody nadal jest mniej więcej ile było wcześniej. Jeśli będzie zbyt dużo, trochę się smak osłabi i takie se wyjdzie. Gdy zbyt mało, smak wyjdzie ciekawszy, ale łatwo doprowadzić do zupełnego braku tejże, a wtedy to już prosta droga do przypalenia. Pod koniec tego duszenia warto zacząć poważne przyprawianie. Nie robię tego wcześniej, bo w zależności od ilości wody, tych przypraw trzeba będzie dać więcej lub mniej. Zasadniczo sól można odmierzać łyżeczkami od herbaty, mieszać i sprawdzać, czy jest ok. Piepz to inna historia. Dwie szczypty to już dla mniektórych będzie zbyt dużo więc z tym lepiej ostrożnie. Często te kucharki lub inne Vegety mają już w sobie sól i warto to uwzględnić. Generalnie rzecz biorąc, przyprawy mają ogromny wpływ na smak i aromat całości, ale każdy lubi trochę inaczej więc tu też nie ma złotej rady.
3. Kasza / ryż. Do średniego garnka jakieś 2 litry wody stykną. Ja od razu wrzucam torebkę z kaszą, lekko solę coby nie wyparowało tak szybko i na solidne grzanie. Gdy zacznie się gotować, zmniejszam moc prawie na minimum, ale to zależy od kuchenki czy to będzie faktycznie pierwszy, drugi, a może nawet trzeci poziom tej mocy. Teraz zawartość torebki zaczyna w sensownym tempie przyjmować wodę z gara i ziarnka, które na sucho były malutkie, teraz stają się coraz większe. Dlatego właśnie te torebki mają sporo nadmiarowej przestrzeni. Jak poznać, że to już? Co jakiś czas można wyjąć jakimś widelcem czy czymś torebkę i delikatnie sprawdzić, czy jest jeszcze miejsce w środku. Jeśli tak, znaczy jeszcze gotować. Całkowicie ugotowane powoduje, że torebka jest wypełniona po brzegi i nic tam się już więcej nie zmieści. Warto też zwrócić uwagę, jakie to to jest ciężkie podczas wyjmowania, bo z czasem to wystarczy, żeby ocenić, czy w ogóle opłaca się organoleptycznie badać tę torebkę. Ostatecznie ta wchłonięta woda nadal ma swoją masę więc całość robi się zdecydowanie cięższa.
Ryż gotuję tak, że do gorącej wody wrzucam torebki, tyle ile tam chcę, zakładając, że jedna torebka starcza na dwie porcje obiadu i gotuję na niewielkiej mocy palnika pod przykryciem przez czas wskazany na opakowaniu albo taki, jaki znajdę w internecie, że trzeba ten ryż gotować. Niewielka moc to u mnie 3 w skali od 1 do 9. Teraz mam małą płytę indukcyjną, bo dużej nie da się oznaczyć tak, żebym mogła korzystać, więc gotuję wodę w garnku na tej płycie. Samą wodę gotuję na mocy 9, żeby było szybciej. Bardzo to słychać, a trwa krótko. :) Ale dobrym rozwiązaniem jest też zagotowanie wody w czajniku i wlanie do garnka, wtedy już w ogóle macie pewność, że wszystko jest git. Pamiętajcie tylko, że tę gorącą wodę warto posolić. Jeśli chodzi o czas gotowania, to na kuchenkach indukcyjnych można ustawić czas i nawet chyba na tej mojej płycie dałoby się to zrobić bezwzrokowo, ale ja zwykle ustawiam minutnik w zegarku, telefon też się sprawdzi, i w ten sposób kontroluję czas.
Makaron gotujemy podobnie, tzn. do gorącej, osolonej wody wrzucamy makaron. Znowu, taka z czajnika będzie git. :) Ja ustawiam średnią moc, z 6 i gotuję tyle, ile internet mówi, że trzeba albo mniej, bo lubię. Z tym że makaron trzeba przemieszać co jakiś czas przy gotowaniu, więc już nie pod przykryciem. Ja używam do tego zwykle silikonowych łopatek, bo takich mam w domu najwięcej.
Żeby odcedzić makaron, do czystego, pustego zlewu wkładamy durszlak, chwytamy garnek za rączki i przechylamy nad zlewem tak, żeby zawartość znalazła się w durszlaku. Dzięki temu makaron będzie w durszlaku, a woda w zlewie. Czasem zdarza się tak, że nie traficie makaronem do durszlaka, tylko do zlewu, zwłaszcza jak macie większy garnek.
Pamiętajcie, że jak już wyjmiecie durszlak z makaronem ze zlewu, to warto włożyć ten durszlak do jakiejś miski, bo nadal będzie trochę mokry. Makaronu nie zostawiajcie też na długo bez przykrycia. Kilka godzin czy noc to już za długo. :) Zrobi się suchy i nieapetyczny.
Czasem wodę z gotowania makaronu wykorzystuje się też do sosów, w sensie dolewa się ją, ale wtedy w przepisach macie napisane, żeby zachować np. 3/4 szklanki wody z gotowania makaronu. Możecie to zrobić, ale nie musicie, jak pominiecie, tragedii nie będzie. :)
Jak już umiecie ugotować makaron, to możecie go połączyć z pesto ze słoika. Mnóstwo tego jest, wypróbujcie sobie, które Wam smakuje. Pesto jest łatwe, bo ciężko je zepsuć. :) Jeśli chcecie, możecie podsmażyć sobie do niego kurczaka i dodać, ale można też wrzucić zawartość takiego słoiczka na patelnię, podgrzewać na średniej mocy palnika z 4-5 minut (pamiętajcie, żeby przemieszać) potem połączyć z makaronem i powinno być OK. Zamiast patelni możecie też użyć garnka, może być wygodniej, zwłaszcza jeśli się boicie, że narobicie bałaganu.
Jedna porcja makaronu to około 100G, dla mnie to już sporo i biorę tyle, kiedy nie dodaję do pesto kurczaka.
Makaron gotujemy podobnie, tzn. do gorącej, osolonej wody wrzucamy makaron. Znowu, taka z czajnika będzie git. :) Ja ustawiam średnią moc, z 6 i gotuję tyle, ile internet mówi, że trzeba albo mniej, bo lubię. Z tym że makaron trzeba przemieszać co jakiś czas przy gotowaniu, więc już nie pod przykryciem. Ja używam do tego zwykle silikonowych łopatek, bo takich mam w domu najwięcej.
Żeby odcedzić makaron, do czystego, pustego zlewu wkładamy durszlak, chwytamy garnek za rączki i przechylamy nad zlewem tak, żeby zawartość znalazła się w durszlaku. Dzięki temu makaron będzie w durszlaku, a woda w zlewie. Czasem zdarza się tak, że nie traficie makaronem do durszlaka, tylko do zlewu, zwłaszcza jak macie większy garnek.
Pamiętajcie, że jak już wyjmiecie durszlak z makaronem ze zlewu, to warto włożyć ten durszlak do jakiejś miski, bo nadal będzie trochę mokry. Makaronu nie zostawiajcie też na długo bez przykrycia. Kilka godzin czy noc to już za długo. :) Zrobi się suchy i nieapetyczny.
Czasem wodę z gotowania makaronu wykorzystuje się też do sosów, w sensie dolewa się ją, ale wtedy w przepisach macie napisane, żeby zachować np. 3/4 szklanki wody z gotowania makaronu. Możecie to zrobić, ale nie musicie, jak pominiecie, tragedii nie będzie. :)
Jak już umiecie ugotować makaron, to możecie go połączyć z pesto ze słoika. Mnóstwo tego jest, wypróbujcie sobie, które Wam smakuje. Pesto jest łatwe, bo ciężko je zepsuć. :) Jeśli chcecie, możecie podsmażyć sobie do niego kurczaka i dodać, ale można też wrzucić zawartość takiego słoiczka na patelnię, podgrzewać na średniej mocy palnika z 4-5 minut (pamiętajcie, żeby przemieszać) potem połączyć z makaronem i powinno być OK. Zamiast patelni możecie też użyć garnka, może być wygodniej, zwłaszcza jeśli się boicie, że narobicie bałaganu.
Jedna porcja makaronu to około 100G, dla mnie to już sporo i biorę tyle, kiedy nie dodaję do pesto kurczaka.