Poniżej wklejam dyskusję na temat uświadamiania o samodzielnym poruszaniu się zamieszczoną w miesięczniku dla niewidomych "Wiedza i Myśl":
12. DYSKUTUJEMY
Jak przekonywać o potrzebie samodzielnego poruszania się po drogach publicznych
Na Liście dyskusyjnej PZN padło takie pytanie. Na ten temat wypowiedziało się wiele osób. Przedstawiam wybrane wypowiedzi. Warto zastanowić się nad nimi i przemyśleć zaprezentowane poglądy, rady i doświadczenia dyskutantów. Samodzielność w dyskutowanym zakresie jest bowiem podstawą samodzielności w innych dziedzinach, jest więc bardzo ważna z punktu widzenia całościowej rehabilitacji niewidomych.
Darek - Ważne jest, żeby mieć solidną podstawę do samodzielnego poruszania się, tzn. szkolenie z orientacji przestrzennej. Wzięcie białej laski w rękę, to nie wszystko, trzeba jej jeszcze umiejętnie używać. Ze wszystkim da się oswoić i przyzwyczaić, ale pierwszy krok, zawsze zależy od Ciebie. W naszej sytuacji, jak nigdzie, sprawdza się dewiza, "że chcieć, to móc".
Jolanta - Kiedy otworzono ogromny aqua park, niezbyt daleko od mojego domu, sądziłam, że sobie w takim ogromnym obiekcie nie dam rady, ale miłość do pływania zwyciężyła. Obsługa na basenach na początku pomogła, a teraz czuję się tam, jak u siebie w domu.
Dorota - Nie powiem, że nie korzystam z pomocy, ale doraźnie i jeśli jej nie znajdę, to nie lamentuję, tylko staram się wykorzystać spryt i inne dostępne sposoby, aby osiągnąć cel.
Jacek - W studium stroicieli instrumentów muzycznych w Krakowie miałem przyjemność odnowić kontakt z Michałem z Gdańska, który do internatu przyjeżdżał z tatusiem. Na jednym ze zjazdów pomiędzy mną a panem Wiesiem wywiązała się dyskusja na temat samodzielnych wyjazdów osób niewidomych. Podczas tej dyskusji pan Wiesio z Gdańska pyta: "jak Ty to robisz, że sam jedziesz do Krakowa ze swojej wioski, która leży 40 km na zachód od Poznania?". Odpowiedziałem coś w rodzaju: "wsiadam do autobusu do Opalenicy, gdzie jest najbliższy dworzec kolejowy. Dojechawszy na ten dworzec, kupuję bilet i po odnalezieniu peronu, wsiadam do pociągu. Nasłuchując komunikatów z megafonów na mijanych przystankach, dojeżdżam do Poznania, gdzie oczekuję na pociąg bezpośredni do Krakowa. Wsiadam w ten pociąg i zwyczajnie jadę. Czasem dopytuję o drogę na Tyniecką, a raczej o linię autobusową, która by mnie tam dowiozła, wsiadam i jadę".
Pan Wiesio do Michała: "no, widzisz Michał?".
Koleś słysząc tę dyskusję odpowiada "tatuuuuuusiuuuu!!! Nieeeeeee!". Michałowi, jako koledze ze studium i jeszcze z podstawówki, życzę jak najszybszego pokonania wszelkich oporów związanych z samodzielnym poruszaniem się. Takie trudności też kiedyś miałem, ale je pokonałem i dlaczego Michał miałby ich nie pokonać?
Pytanie do listowiczów: jak wy odpowiedzielibyście na pytanie przytoczone powyżej, a brzmiało ono: "jak Ty to robisz, że sam jedziesz z miejsca zamieszkania do celu podróży?".
Mirek - Chodzi mi o to, aby przemówić do tych, którym się zdaje, że zawsze koło nich będą inni i wszystko załatwią. Ręce opadają, gdy słyszę "po co się narażać". To narażanie odnosi się do samodzielnego poruszania się, a przecież to podstawa umożliwiająca jakiekolwiek działanie. Co się stanie z takimi osobami, gdy zabraknie nadopiekuńczej i nieodpowiedzialnej mamy. Może to kogoś urazić, ale mnie to nie obchodzi. Zdaje sobie sprawę, że rehabilitację nowo ociemniałych należy rozpocząć od rodziny. Jednak równocześnie musi wyjść chęć od samego "bohatera". I to jest właśnie najgorsze, że nijak nie można przemówić mu do rozumu, bo wstyd, bo się boję itd.
Zbyszek - Mądry ten pan Wiesiu. Ja znam przypadki odwrotne, gdzie dziecko chce jeździć samo, a na to rodzic mówi: "nie". Nie daj Boże dziecku zdarzy się wpadka, zobaczą to sąsiedzi i wtedy jest tylko wyśmiewanie pseudosamodzielności - "no, jak Ty po tym mieście chodzisz, skoro ten i ten widział Cię jak błądziłeś?".
Tomek - Podajecie wszyscy konkretne sytuacje i rozwiązanie danego problemu. Mnie jednak chodzi o namacalny i ten konkretny impuls, który Was czy też Waszych znajomych ruszył z miejsca. Jak pisałem, jest strach, blokada psychiczna i nie można ruszyć podstawowej rehabilitacji. I tu jest główny problem. Znam też przypadek, gdzie dziewczyna po zakładzie w Laskach dzięki nadgorliwej babuni jest w lesie.
Filip - Od początku, kiedy utraciłem wzrok, leży mi na sercu przyszłość młodych osób, które nic nie robią, żeby się usamodzielnić. Nawet mój własny przykład, jak szybko rehabilitacja podstawowa stała się bramą na świat, nie robi na niektórych wrażenia. Wszystkie tłumaczenia, perswazje, prośby jak grochem o ścianę. Czy musi wydarzyć się nieszczęście, aby coś do tych ludzi dotarło. Siedzą w domach obsługiwani przez nadgorliwe matki nieświadome, że pogłębiają inwalidztwo swoich dzieci. A dookoła tyle ciekawych rzeczy się dzieje.
Zastanawiam się, na ile osoby z dysfunkcją wzroku są winne, a na ile rodzina? Z całą pewnością ktoś z Was sam borykał się z takim problemem.
Ala - Kiedyś wciąż pytałam siebie: - dlaczego to ja, dlaczego mnie to spotkało i dlaczego nie mogę widzieć blasków, barw i kolorów, dlaczego muszę siedzieć w "tym więzieniu" (tak nazywałam mój własny dom)? I wiecie, że budząc się rano, nigdy nie uzyskałam mądrej odpowiedzi. Po jakimś czasie przypomniałam sobie słowa Jana Pawła II: "Byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, tam gdzie ty nie będziesz tego chciał". Może nie dosłownie zacytowałam - Jana Pawła II, ale sens, o który mi chodzi jest w nich zawarty. Doszłam do wniosku, że przede wszystkim moje dalsze życie i jakie ono będzie, tylko i wyłącznie zależy ode mnie samej! Nie potrafiłam i za nic nie mogłam wyobrazić sobie siebie, aby mnie obsługiwano, wyręczano i niańczono jak dziecko, by mnie traktowano jako biedną niewidomą, która na co dzień potrzebuje opieki i pomocy.
Doszłam do wniosku, że to ja całkiem wystarczająco sama się nad sobą wówczas rozczulałam i rozpaczałam, płacząc dosłownie co dzień nad utratą wzroku! Taka była niestety prawda! Miałam dwa wyjścia, albo się poddam i inni będą mnie - "opasywać" i "prowadzić", albo ja sama biorę się za siebie. Wybrałam drugie wyjście z tej matni. W tym najgorszym czasie wzięłam się za swoje zrehabilitowanie. Na początku: - samoobsługa, gotowanie, pieczenie, pranie, sprzątanie i w końcu ta nieszczęsna i moim zdaniem najtrudniejsza - orientacja przestrzenna. Tu także mnóstwo pracy i własnych nerwów włożyłam i dziś radzę sobie całkiem dobrze.
Czy jestem z siebie zadowolona? Jeszcze powinnam być bardziej samodzielna, mieć więcej witalnych sił i być mocniejsza! Moim zdaniem, udało mi się zminimalizować korzystanie z pomocy innych osób, ale wiadomo, że i ludzie widzący są wzajemnie sobie potrzebni. Więc i ja także czasem pomocy potrzebuję. I powiem Wam, że stale te słowa Jana Pawła II słyszę i one pomagają mi przezwyciężać: lęk, strach, wstyd z powodu mojego niewidzenia, który jednak jest we mnie i czasem się on, niestety, pojawia w nieoczekiwanych momentach. Jednak warto podjąć walkę ze sobą i mimo całkowitej utraty wzroku, można wiele nawet samemu osiągnąć i cieszyć się z życia.
***
Dla ścisłości musimy sprostować. Pani Ala powoływała się na słowa Jana Pawła II, gdy tymczasem pochodzą one z Ewangelii według św. Jana, rozdział 21, wers 18. Podajemy brzmienie tego wersu: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz".
(przypis redakcji)
***
Stanisław - Chcę przekazać Państwu kilka uwag natury ogólnej. Faktycznie z rodzinami jest niejednokrotnie większy problem rehabilitacyjny niż z niewidomymi, a raczej z ociemniałymi. Obawiam się, że jeżeli osoba niewidoma - mam tu na myśli rzeczywiście osobę niewidomą, a nie słabowidzącą - żyła w "niesamodzielności" przez np. 30 lat, to trudno będzie znaleźć na nią jakiś sposób. Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Osoba ta przyzwyczaiła się do niesamodzielności, do zależności, do braku perspektyw życiowych. Zmienić coś takiego jest niezmiernie trudno. No, chyba że osoba ta nie pogodziła się z losem i buntuje się przeciwko swojej bezradności. Wówczas są duże szanse na wyrwanie jej z marazmu. Trzeba jednak pokazać jakąś perspektywę i możliwości.
Podam dwa drastyczne przykłady panów około czterdziestoletnich. Jeden pan z okolic Częstochowy - osoba całkowicie niewidoma. Całe życie był trzymany w oborze z krową, do której tulił się, żeby było mu ciepło. Do jedzenia dostawał byle co, nic nie umiał i niczego nie chciał. Znalazła go opieka społeczna i skierowała do chorzowskiego zakładu rehabilitacji, którym wówczas kierowałem. Facet płakał, nie chciał jeść, tęsknił do krowy i do spokoju. Jeżeli wmusiliśmy w niego obiad, który wcale nie był wykwintny ani obfity, chorował. Nie pamiętał, kiedy i czy kiedykolwiek jadł mięso. U nas chudł i nie przestawał płakać. Lekarze zdecydowali, że nic mu nie da się pomóc, że musi wrócić do swojej krowy.
Drugi pan z Wybrzeża - sierota, wychowywany przez całą wieś, osoba całkowicie niewidoma. Rąbał drzewo, pracował łopatą i widłami i żył bez sensownych perspektyw. Został przywieziony do Chorzowa. Ręce spracowane, twarde. Brajla uczył się namiętnie, aż papier namakał jego potem. Poznał wszystkie litery i czytał mniej więcej tak "l a s k a" - dobrze, a razem jak to jest? "Mleko" - padła odpowiedź. Przy tokarce szło mu znacznie lepiej. Na przerwę nie chciał wychodzić, na obiad trudno było go wygnać. Pot się z niego lał, a on chciał zrobić tak dobrze jak inni i tyle, ile inni robili. Kurs ukończył, dostał pracę w spółdzielni niewidomych i zaczął żyć jak człowiek.
To były krańcowe przypadki. Kiedyś walczyłem z dwoma młodymi ludźmi w Krakowie. Byłem wówczas przewodniczącym okręgowej sekcji uczących się. Staszek dojeżdżał do szkoły średniej w centrum Krakowa z Nowej Huty. Zawsze dowoziła go siostra lub ktoś inny z rodziny. No i zabierali go po lekcjach. Dwie męskie rozmowy i Staszek przepędził siostrę. Początkowo jeździła za nim bez jego wiedzy, potem zaprzestała. Rysiek też był dowożony na uczelnię przez ojca, nie pamiętam skąd. Ojciec czekał i zabierał go po zajęciach. Męskie rozmowy z nim i jego ojcem do niczego nie doprowadziły. Rezultat - Staszek potrafił sam pojechać do Stanów Zjednoczonych na szkolenie, jeździ po całej Polsce i nie wyobraża sobie, że może być inaczej. Rysia prowadza nadal, już nie ojciec, ale żona. Może teraz ktoś inny, straciłem z nim kontakt i nie wiem.
W sumie diabli wiedzą, jak i z czym do kogo da się trafić. Samodzielne poruszanie się po drogach publicznych to przede wszystkim: a) lęk. b) strach. c) wstyd. Rozróżniam lęk i strach, bo to są różne stany. Lęk jest sprawą psychiczną i nie musi mieć realnych podstaw. Potrzebna jest pomoc psychologa lub psychiatry. Strach jest spowodowany realnymi zagrożeniami, a takich jest niemało. I żeby długo się nie rozpisywać - strach można przezwyciężyć przez zmniejszenie zagrożenia, czyli przez opanowanie odpowiednich technik posługiwania się długą, białą laską, nauczenie się korzystania z sygnałów płynących z otoczenia itd. A wstyd, można przezwyciężyć tylko w jeden sposób - wstydzić się, zacisnąć zęby, brać lachę do ręki i chodzić. Oczywiście, nie raz około Wielkiej Nocy wychodzić na ulicę, ale codziennie i możliwie na długo. Zapewniam wszystkich, a wiem to m.in. z własnego doświadczenia, że po pół roku takich ćwiczeń, każdy będzie się wstydził wyjść bez laski na ulicę.
Ja, nawet kiedy czekam na bezpiecznym chodniku na żonę, która robi zakupy. wypuszczam laskę. Zawsze może przytrafić się coś niespodziewanego - jakiś człowieczek trzyletni albo młodszy wplącze się pod nogi, samochód wjedzie na chodnik, bo do bagażnika zabiera towar, śmieciara jedzie po śmieci itp. Wtedy laska wszystko wyjaśnia, a bez niej niewidomy zachowuje się niezrozumiale dla otoczenia.
Wrócę jeszcze na chwilę do ociemniałych. Tu nie ma uwarunkowań z dzieciństwa i wczesnej młodości, nie ma tych złych, ale nie ma i tych dobrych. Wszystko trzeba zaczynać od początku. Nie piszę podręcznika a w jednym liście nie da się zamieścić wszystkiego, co by należało, żeby problem należycie naświetlić. Tu jednak, moim zdaniem, najważniejsze jest wykazanie potrzeby samodzielności. Jeżeli ktoś powie, że nie będzie się uczył, bo i tak nie ma gdzie ani po co sam chodzić, a my nie potrafimy pokazać mu, że jest inaczej, będzie miał rację, oczywiście we własnym mniemaniu. No i bardzo ważny jest przykład dobrze zrehabilitowanego niewidomego, którego nie może zastąpić widzący instruktor. Oczywiście, niewidomy nie powinien uczyć orientacji przestrzennej, bo to niebezpieczne, ale doskonale pokaże możliwości.
Przepraszam, za długi list, ale gra jest warta świeczki. Wspólnie poszukujemy sposobów przełamania trudności i może chociaż częściowo nam się to uda.
Opracowała Kaktus
gadaczka — Wpis 261 z 263
Dziękuję użytkownikom portalu Elten Link za możliwość obserwowania środowiska niewidomych. Stanowiło to dla mnie etap wstępny do pracy z niewidomymi na żywo.