tak naprawdę u mnie te usamodzielnianie się dopiero się zacznie jest na to jakiś plan, i tak będzie ciężko, tak będzie się człowiek wkurwiał i tak będą chwile zwątpienia,no ale kiedyś rodziców zabraknie, rodzeństwo też ma swoje życie,więc mimo wszystko trzeba bo innej drogi nie ma
A kontakt z innymi niewidomymi, którzy z jakimś tam powodzeniem podążają drogą samodzielności coś Ci daje? Sporo takich osób jest w stałych związkach, także samodzielność nie koniecznie musi skazywać na samotność. -- (Pati98): Mieszkam z rodziną i szczerze mówiąc trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Przyznaję to z trudem, ale zaliczam się raczej do tych niesamodzielnych niewidomych. Myślę, że moja mama nie jest, i nigdy nie była nadopiekuńcza w taki klasyczny sposób. Po prostu nie wiedziała, jak mnie nauczyć tych wszystkich rzeczy, tak niezbędnych do samodzielnego funkcjonowania. Poza tym nigdy nie należałam do cierpliwych i w dzieciństwie często wybuchałam płaczem, gdy coś mi nie wychodziło. Nigdy też nie miałam takiego samozaparcia i determinacji, jaką wielu z was posiada. Po liceóm nie miałam pomysłu na siebie, więc motywacja w postaci dalszego kształcenia, również nie istniała. Poza tym w grę wchodzą również kwestie ekonomiczne i emocjonalne, o których wspominaliście w poprzednich wpisach. Nie sądzę, że byłabym w stanie samodzielnie się utrzymać i ogarnąć cały dom. Obawiałabym się również samotności. Mimo tego, że jestem introwertyczką, chyba nie czułabym się komfortowo będąc zupełnie sama przez cały czas. --
Tutaj mamy trudną sytuację. Bo z jednej strony narzuca się rada, żeby może jednak poszukać, żeby popróbować, że jednak warto coś tam zrobić, bo jak mamy zabraknie, to będzie kuku. I faktycznie, pewnie kuku będzie. Tylko też wychodzenie ze strefy komfortu musi być czymś poparte. Czy jest sens pchać na siłę osobę, która, jak Ty, po prostu dobrze się czuje z tym, co jest? Z drugiej strony w innym wątku piszesz, że wiele rzeczy Cię frustruje. Czyli tak do końca dobrze to Ci nie jest. -- (Pati98): Mieszkam z rodziną i szczerze mówiąc trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Przyznaję to z trudem, ale zaliczam się raczej do tych niesamodzielnych niewidomych. Myślę, że moja mama nie jest, i nigdy nie była nadopiekuńcza w taki klasyczny sposób. Po prostu nie wiedziała, jak mnie nauczyć tych wszystkich rzeczy, tak niezbędnych do samodzielnego funkcjonowania. Poza tym nigdy nie należałam do cierpliwych i w dzieciństwie często wybuchałam płaczem, gdy coś mi nie wychodziło. Nigdy też nie miałam takiego samozaparcia i determinacji, jaką wielu z was posiada. Po liceóm nie miałam pomysłu na siebie, więc motywacja w postaci dalszego kształcenia, również nie istniała. Poza tym w grę wchodzą również kwestie ekonomiczne i emocjonalne, o których wspominaliście w poprzednich wpisach. Nie sądzę, że byłabym w stanie samodzielnie się utrzymać i ogarnąć cały dom. Obawiałabym się również samotności. Mimo tego, że jestem introwertyczką, chyba nie czułabym się komfortowo będąc zupełnie sama przez cały czas. --
Co do tej nadopiekuńczości... Wiesz, po nicku sądzę, że jesteśmy w tym samym wieku. I ja pewne cechy zobaczyłam dopiero po wyprowadzeniu się. Nie mówię tu o nadopiekuńczości, ale o rzeczach, których, podobnie jak Ty teraz, nigdy nie przypisałabym swoim rodzicom. A jednak z dystansu patrzy się mocno inaczej. I nie dotyczy to, wbrew pozorom, wyłącznie niewidomych, ale także widzących.