No to tak jak w ogóle ze starą elektroniką, agd itd. Nie jest specjalnie dziwne, że komuś działa jeszcze chociażby Unitra zk-120 czy inne takie. Tak w sumie nie bardzo jest co tam się zepsuć. Kawał metalu, ewentualnie żyłka, którą można kupić w razie czego wszędzie. Może czasem łożysko czy coś, a tak to trzeba tym rzucać żeby przestało działać.
No to teraz kolej na mnie. Jak chyba większość tutaj jestem fanką Perkinsa. To była pierwsza maszyna z jaką miałam do czynienia, uczyłam się na niej pisać. Niestety była to maszyna szkolna, na własność dostałam Pichtę, zakupioną mi zresztą przez radio Łódź, którego przez czas jakiś byłam podopieczną. Na początku, czyli od klasy 1 do trzy działała bez zarzutu. Jazdy się z nią zaczęły, kiedy w czwartej klasie, gdzie trzeba było ją przenosić z sali do sali zaczęła szwankować. A to żyłka wypadała, a to coś tam się blokowało i nie można było jej przesunąć ani w prawo, ani w lewo, a to wypadły te kulki od łożyska i rozlatywały się po całej sali. Wiele razy ją naprawiałam w takim zwykłym serwisie do naprawy zwykłych maszyn. Na szczęście nie popsuła się żadna z części. Na Ewie miałam okazje pisać jako na maszynie zastępczej, gdy moja pichta była w naprawie. Nie była taka zła, ale też się często psuła. Moja pichta przeżyła ze mną 10 latek, chorując nieustannie, aż w końcu popsuła się igła i nie wybijała punktów. Potem pisałam na tatrze, którą dostałam z jednego projektu i mam ją do dziś, choć teraz już nie używam i kurzy się biedaczka na mojej szafie. Moundbattena też posiadam. Aż takich jazd, jak tutaj niektórzy opisywali mi nie robiła, choć potrafiła się zaciąć głowica, ale papieru mi sama nie wysuwała. Z drukowaniem było ciężko, nie umiałam tego ustawić tak, żeby poprawnie drukowało no i ta moja nie drukowała polskich znaków. Używałam jej tylko w domu, bo chałasowała strasznie i była nieporęczna. Też mam ją do dziś. Ostatnio coś ględzi, że trzeba wymienić baterię podtrzymującą co kolwiek to jest, ale działa jakoś.
Nigdy nie można być pewnym, że to co już masz będzie Ci dane na zawsze, a pewne w życiu są tylko dwie rzeczy, śmierć i podatki.
Ja pisałam na nim jako siedmiolatka i jakoś nie narzekałam. To już bardziej pichtę trzeba było mocniej wciskać, bo czasem punktów nie dobijała, choć faktem jest to, że perkins do noszenia nie bardzo się nadawał.
Nigdy nie można być pewnym, że to co już masz będzie Ci dane na zawsze, a pewne w życiu są tylko dwie rzeczy, śmierć i podatki.
No to chyba masz jakiś lepiej zrobiony egzęplaż. Moja psuła się ciągle. Najczęściej żyłka wypadała. Te kulki to ze trzy razy mi wypadły i głupie to było strasznie, bo pojęcia nie miałam gdzie je włożyć, nie mówiąc już o tym, że cała klasa pomagała mi je zbierać. No i często też się coś blokowało tak, że nie chciało iść ani w prawo ani w lewo. Najgorsze było, jak wracała z naprawy i po dwóch tygodniach psuła się na powrót. Moi rodzice zaczeli mnie podejrzewać o celowe psucie tej maszyny. Za to perkins spadł mi kiedyś z wysokiego parapetu na podłogę i nic mu się nie stało.
Nigdy nie można być pewnym, że to co już masz będzie Ci dane na zawsze, a pewne w życiu są tylko dwie rzeczy, śmierć i podatki.
Dało się, to prawda. Ja nie umiałam tego zrobić, na szczęście mój kolega z klasy umiał. Te kulki też chyba dało się samemu włożyć, tylko trzeba było wiedzieć gdzie. Najgorsze było wtedy, gdy się zacięła. Teoretycznie też się to dało zrobić bez pomocy fachmana, ale chyba trzeba było mieć do tego jakieś narzędzia.
Nigdy nie można być pewnym, że to co już masz będzie Ci dane na zawsze, a pewne w życiu są tylko dwie rzeczy, śmierć i podatki.
Ja też mam starego. I jak go kupowałem, to serio myślałem, że to będzie jakaś krowa większa od Perkinsa, a on jest w sumie wielkości Pihty, tyle że krótszy i szerszy. Przecież pod klawiaturą masz wyciąganą rączkę do przenoszenia.
Tak, ale tak bez futerału żadnego ciężko to się nosi. Zwłaszcza, jak musisz to to na ulice wynieść. Ja zawsze się bałam, że gdzieś mi to wypadnie, albo coś. Poza tym i tak bym w szkole nie mogła na nim pisać, klasa by mnie zlinczowała za hałas. Im zwykła pichta przeszkadzała.
Nigdy nie można być pewnym, że to co już masz będzie Ci dane na zawsze, a pewne w życiu są tylko dwie rzeczy, śmierć i podatki.
No więc tak: na codzień korzystam z Eriki, chociarz zdarza ma się z Perkinsa korzystać. Erika, przynajmniej ta moja jest chyba dość stara, bo nawet kulki od wałków ma drewniane. Maszynka dość lekka, pracuje cicho, dobrze wybija. Jedyny jej minus, to dzwonek pod koniec linijki który dzwoni bardzo cicho, czasem w ogóle. A, i gdzieś w domu lerzy Mombatten tej nowszej generacji. Co do Erik, to znam też takie cholery że głowa mała. Koledze pani erika prawie w ogóle niedokłówa. Trzeba w nią młotkiem walić rzeby punkt dokłóć - czasem rzartujemy::-).
j to chyba mialem szczęscie, bo żadna kulka mi nie wypadła z ericy lub tatry a przewinęło mi się ich trochę przez ręce może nie dużo, ale jednak. W Erice punkty wybijało się o niebo łatwiej niż w tatrze hociaż to też od modelu zależało. Widziałem jeden model tatry, który chodził masakrycznie palce bolały od samego pisania, a w innym modelu i to tym samym punkty wychodziły eleganckie. To pewnie był jakiś wadliwy egzemplaż. Ale na takim perkinsie to pisze mi sięo wiele szybciej niż na tatrze czy erice.