Witajcie, O przyjaźni wiele się pisze. Każdy z nas ma zapewne swoją ulubioną parę przyjaciół. Dla mnie to są Frodo i Sam z "Władcy pierścieni". Zapraszam do dyskusji. :)
Czy ja mogę nie z fantastyki? Bo jeśli tak, to Joanna i ALicja w książkach Chmielewskiej. A z fantastyki, to chyba rzeczywiście, moje też century. Typowa przyjaźń, to chyba Shenga i Elektry mi się tam podobała.
A wiecie, że ja za zdrową relację nie uznaję trio z Harryego? To znaczy, do momentu, tak, ale później? Ja rozumiem, że każda przyjaźń przeżywa swoje próby, dochodzi do kłótni, to jest normalne. Ale to, co zadziało się w siódmej części z tą przyjaźnią, no cóż, jak dla mnie wskazuje, że coś było mocno nie tak, szczególnie gdy spojrzeć na cytaty. Ale to oczywiście bardzo subiektywna opinia. Dobre wzorce przyjaźni? Frodo i Sam oczywiście. Relacje z Olimpijskich Herosów... Co jeszcze było? Teraz nie mogę wpaść prawdę mówiąc. Problem literatury jest taki, że często te przyjaźnie zmieniają się w romanse, a o ile do romansów nic nie mam, o tyle to, no cóż, jest zbyt powszechne. Ale, mam. Daniel i Fermin z Cienia Wiatru Zafóna. Przyjaciele z Pałacu Północy tego samego autora. Z HP relacje Gwardii Dumbledorea, szczególnie tu Nevil, Luna, Ginny. Na razie brak innych pomysłów. PZDR, DP
A mi się wydaje, że właśnie w siódmej to było realistyczne, pamiętaj, że to była wojna, różne rzeczy się z ludźmi dzieją, a jednak wrócił. Ja uważam, że właśnie jak byli non stop razem wszędzie, nawet, jak on już z GInny chodził, to było trochę dziwne.
I nie zapominajmy, że ciągle nosili ze sobą to cholerstwo, jakim był chorkruks. On z człowieka najgorsze rzeczy wyciągał; sporo mówi o tym scena, w której Ron go niszczy. A, że Ron mógł czasami czuć to, co wywrzeszczał podczas tej słynnej kłótni... No cóż, był tylko człowiekiem. Nikt nie jest idealny, a już w szczególności nie był wybraniec Harry. Istotnie, coś tam się zaczęło sypać, ale to chyba właśnie dodaje realizmu.
Zgadzam się z Mają i Weroniką. Myślę, właśnie, że scena w siodmej części była najbardziej realistyczna. Taka... oddająca to, co wtedy było, że tak to niezgrabnie ujmę.
No cóż, pozostajemy w róznicy zdań. Utarczki rozumiem, nawet kłótnie, ale, w środku wojny, porzucić przyjaciela, pozwolić mu odejść? Powiem wam szczerze, po tej scenie bardzo straciłem szacunek do Harryego. Możecie mówić, że go krytycznie oceniam, bo fakt, czynię to. Ale bardzo nie podoba mi się jego osobowość w wielu aspektach.
Poza tym wtedy mieli przy sobie horkruksa i też nie byli sobą, co wpływało bardzo na nich, bo to i po Harrym widać, bo się zachowuje, jak debil, i po Ronie, który mu powiedział w skrócie, że nie ma problemów, bo nie ma rodziny. a przecież Harry nie miał innej rodziny niż Weasleyów. Zgadzam się z tobą, że Harry nie postępował fajnie w siódemce też, ustawiał ich pod siebie itd. Ale to, że Ron odszedł, to raczej nie jego wina była.
Nie mam zamiaru tu bronić Rona w najmniejszym stopniu. Bo nie można go bronić. Ale, seerio, nie tak zachowuje się przyjaciel, że pozwala odejść. A nawet jak pozwolił, to jakoś przez tyle rozdziałów nie pomyśleli, by wysłać do Rona, przed teleportacją w nowe miejsce chociażby, głupiego patronusa. Obrazili się, pożalili, powspominali, ale jakoś nic zrobić, by go odnaleźć, nie próbowali. Wiem, że wojna, że próba kontaktu niebezpieczna itp. Ale są chyba jakieś priorytety.
Mam propozycję. :) Weźmy zbiorowo zbijmy w tym kontekście reżysera "Władcy pierścieni", za to co zrobił z przyjaźnią Froda i Sama. Bo w pewnym momencie ma w filmie miejsce scena podobna do tej z siódmej części HP i bardzo, ale to bardzo mi się to nie podoba, a Tolkien też się chyba w grobie przewraca.
Oooo, w pełni się zgadzam. :) Ale można mu wybaczyć moim zdaniem za Hobbita, w mojej opinii dużo lepiej Hobbit mu wyszedł od LOTRa. Z Władcy Pierścieni przyjaźń Froda i Sama to klasyk i wzór, ale i ta Pippina z Merrym, choć mniej akcentowana, warta uwagi.
Tak, ale LOTR w jego wykonaniu też bym mogła uwielbiać, gdyby nie parę... szczególików w tym stylu. Ja się pytam, po jakiego grzyba on to zrobił? On, albo scenarzysta. Ale to bardziej do tematu jakiegoś o filmach.
Oczywiście, że są priorytety. Żeby przeżyć, osobiście i ocalić przyjaciół. Pomijając to, że oni chyba nie umieli wysyłać tych gadających patronusów, to wyobraź sobie, jakby ten patronus by wylądował przed ronem przy szmalcownikach. Zabiliby go na miejcu, no nie? --Cytat (pajper): Nie mam zamiaru tu bronić Rona w najmniejszym stopniu. Bo nie można go bronić. Ale, seerio, nie tak zachowuje się przyjaciel, że pozwala odejść. A nawet jak pozwolił, to jakoś przez tyle rozdziałów nie pomyśleli, by wysłać do Rona, przed teleportacją w nowe miejsce chociażby, głupiego patronusa. Obrazili się, pożalili, powspominali, ale jakoś nic zrobić, by go odnaleźć, nie próbowali. Wiem, że wojna, że próba kontaktu niebezpieczna itp. Ale są chyba jakieś priorytety.