-No właśnie chyba nie do końca. Ta kobieta, o której wcześniej Numer wspominał miała jakieś silne rozbłyski światła podczas snu, bo kora wzrokowa wariowała. (magmar):
Ale ten wzrok możesz wyłączyć poprzez zamknięcie oczu.
-- (Julitka):
Ja nie czytałam wszystkiego, ale nadal uważam, że samego wzroku jako ułatwienia życia nie musiałabym posiadać. Gdyby. Gdyby świat i ludzie byli lepsi, udogodnienia przeprowadzone jak należy, ułatwienia dopasowane do mnie, a charaktery ludzkie normalniejsze. Gdyby to wszystko miało miejsce, nie zawahałaym się nawet pół sekundy. Teraz waham się sekundę i również odpowiadam "nie". Dla osób widzących wzrok to 80% bodźców. Gdy go tracą, zostają z 20% tego, co mieli. To dla nich musi być ogromny problem; tak ogromny, że nawet wyobrażenie sobie takiej utraty powoduje panikę i stąd taka a nie inna postawa wobec osób niewidomych, niestety. Ja natomiast urodziłam się ze swoimi 100% bodźców. Mój mózg nauczył się, że to jest 100%. Gdybym teraz odzyskała wzrok, teoretycznie mój mózg musiałby przetworzyć 180% bodźców. Im człowiek starszy, niezależnie od tego, czy widzi, czy nie, trudniej mu się uczyć języków, gry na fortepianie czy jazdy na rowerze. Ja już też, mając tych 25 lat, wolniej przetwarzam. Tak ogólnie. A przecież jestem jeszcze, tfu, młoda. A gdybym teraz miała dodatkowo odzyskać wzrok, nie wiem, czy posługiwanie się nim nie zajęłoby mi kolejnych 25, a ze względu na brak przystosowania mózgu do odbierania pewnych bodźców nie mogłabym korzystać ze wzroku w pełni, więc chyba jednak postoję. Ja również słyszałam bowiem o tym, że mózg nie łapie już odległości, a przecież to bardzo ważna rzecz, przynajmniej byłaby nią dla mnie. I tak musiałabym posługiwać się laską i macać rękami, żeby odpowiednio ją oszacować. Moje wychowanie i przyzwyczajenia także stają mi na drodze. Walczę i walczyć będę o swoją niezależność, ale pewne podejście otoczenia do mnie i mnie do samej siebie kształtuje osobowość i nie zamierzam tego ukrywać. To, że w większej ilości rzeczy niż inni jestem wyręczana jest ważne. Nie dla mnie, bo psychologicznie wolałabym, żeby tak nie było, ale dla mojego mózgu. To, że jestem wszędzie wożona i nie muszę pamiętać długich tras, także jest ważne, niestety. Nie złapcie mnie teraz za słowo - nie jestem wszędzie wożona samochodem. Ale osoba widząca albo ten samochód sama prowadzi, albo np. przez cale miasto jest w stanie podróżować komunikacją miejską, bo musi. Osoba niewidoma najczęściej rezygnuje z takich podróży ze względu na wzrok właśnie. Nie dźwigam 45 kg ciężkich zakupów, bo i tak bym ich nie dodźwigała z laską. Mózgowi ciężko byłoby się nagle przestawić, że tak można, a wręcz trzeba. I to nawet zakładając, że nauczyłabym się sprawnie poruszać po mieście, w co wątpię. Niewidzenie przyzwyczaja do wygody. Temu zaprzeczać po prostu się nie da. Przebodźcowanie mózgu nowymi doznaniami jest ważne, najważniejsze, ale sama męczliwość, że tak powiem, mózgu też ma znaczenie. Chociażby przytoczę owo prawo jazdy. Jakbym teraz odzyskała wzrok, w mojej podświadomości widniałby alert, że musiałabym je kiedyś zdać. Bo osoby widzące mają często prawo jazdy. Cała moja rodzina je ma. A wątpliwym pozostaje, czy kiedykolwiek udałoby mi się to zrobić. A jeśli nie, pozostałaby w sercu rana i złość, że niby widzę, a jednak, cholera, nie robię wszystkiego, co widzący, bo mi życia i sił nie starcza. O tym raczej rzadko myślimy, ale to jest duży problem. Oczekiwania społeczeństwa zwiększyłyby się znacznie. I na to, nie oszukujmy się, my, niewidomi, często nie jesteśmy gotowi. No bo tak: odzyskujemy wzrok, więc ZUS nie musi nas uzdrawiać, bo się samo stało. Renta idzie won. 500+ też. Ale przez kilka dobrych lat nie jesteśmy w stanie pracować, bo dotyka nas za dużo bodźców. I co wtedy? Wątpię niestety, by organy państwowe były w odpowiedni sposób przygotowane na takie ewenementy. Jesteś zdrowy, to se radź sam. Nie sądzę, by pomoc trwała dłużej niż tych hipotetycznych 5 lat, jeśli w ogóle jakaś jest ozdrowieńcom dawana. A w mojej opinii takie leczenie, przyzwyczajanie się choćby do możliwości wyjścia z domu, trwałoby znacznie dłużej. I co z tego, jak już wspomniałam wcześniej, skoro i tak, ze względu na odległości, musiałabym chodzić z białą laską? Nie mogłabym w oczach społeczeństwa uchodzić za niewidomą i czerpać ze swego rodzaju gorzkich przywilejów, które ten stan wzroku daje, bo ludzie widzieliby, że przeca widzę. Byłabym odmieńcem. Osobą, która widzi, a udaje niewidomą. Ile procent ludzi obcyh wiedziałoby, jak jest naprawdę?
Z resztą teraz mam pewne wyobrażenie o świecie. Coś jest dla mnie piękne, coś - brzydkie. Ja również słyszałam o przypadkach, w których ozdrowieńcy rozczarowywali się światem, który ujrzeli. Czy mój ukochany byłby nim nadal, skoro liczyłoby się pociąganie wzrokowe? Czy moja mama byłaby dla mnie piękna? Jak mogłabym rozpoznać to piękno, skoro od dziecka nie uczyłabym się własnego stylu, a moja baza danych przez to byłaby o 25 lat mniejsza? To nie jest kilka miesięcy, to jest 25 lat! W tym pierwszych 7 czy 10, w których dziecko uczy się najwięcej. To tak, jakby komputer musiał odnosić się do danych, które ktoś usunął z dysk. Ba - których nikt tam nigdy nie zapisał. Pamięć, jak to mówił Win XP, nie mogłaby być "read".
Jak jeszcze mi przyjdzie coś do głowy, dopiszę. :)
--
--