Transcription
No i cóż, niestety okazało się, że było ze trzy razy dłużej niż sobie planowałem, też przez moją rozwlekłość i różne inne dziwne czynniki, zbieranie myśli i tak dalej.
Ale ja nie o tym, tak jeszcze zapomniałem odnośnie udaności Rubina i jego historii.
To też wydarzyło się w jego dwuletniej wówczas karierze, coś takiego, oczywiście podczas Sylwestra, wiecie jak jest, nie, że petardy naokoło, w ogóle jest armagedon, nie da się nic, zwierzęta wtedy cierpią, ze strachu już nie będę mówił co robią.
Ten dokładnie robił to i być może jeszcze więcej, w każdym bądź razie, no zwyczajnie uciekł.
Uciekł, jeszcze psy do pewnego momentu mają tą taką pamięć wsteczną, nie, że jeszcze pamiętają tam do okresu pięciu lat zdaje się, no to co się wydarzało w życiu, nie, jak do pięciu lat, no jeszcze przez na przykład pięć lat pamiętają kogoś, kogo gdzieś tam dawno nie widziały i tak dalej, i tak dalej, z kim czas spędzały, nie.
W każdym bądź razie ten sobie zakodował mamę swoją, no i chciał do niej uciec, ze strachu przecież.
No i owszem, poleciał i Skubaniec, mimo że drogę, i ja nie wiem jak on, naprawdę ja nie wiem jak on to zrobił, bo tak naprawdę nie chodziło się tam z nim, z tego co pamiętam, przewieziony tamtą trasą był tylko raz, i to naprawdę jak miał miesiąc, nie.
A Skubaniec skądś znał drogę, miał to wkodowane, poleciał gnany strachem tam do tej mamy, tylko niestety.
I tak dalej dotarł, bo akurat tam trwały prace budowlane, wykopy pod fundamenty domu, dół dość głęboki, gdzieś tam chyba jakieś dwa metry z hakiem, albo i więcej, nie wiem, w każdym bądź razie psina tam wpadła, no i siedziała cztery dni na tym mrozie generalnie, bez jedzenia, bez picia, bez niczego, jeszcze tak podejrzewam jakby tak ze dwa dni posiedział, no to mógłby niestety dokonać tam żywota.
No a jak się zorientowaliśmy w Nowy Rok, że psanie...
To od razu wielki lament w ogóle, zbieranie posiłków, rozwieszanie ogłoszeń po słupach, że to ten pies zaginął ten, wiadomo, fotkę się wydrukowało, wrzuciło do tego ogłoszenia i tak dalej, nie, chodzi się po tych słupach, śnieg po kolana, się chodzi po słupach, rozwiesza ogłoszenia, no ale nie było odzewu żadnego, no i mija, bo to wtedy było Sylwester zdaje się w środę, Nowy Rok czwartek, piątek, sobota, tak dokładnie.
No i w niedzielę mówię mamie, żeby dzwonić na policję, bo to już nie są przelewki, może gdzieś patrol widział psa, może go oddaj do schroniska albo w schroniska, bo też byśmy się kontaktowali ze schroniskami, ze schroniskiem najbliższym tam nie było, no to sobie myślimy, nie będziemy cudować, tylko może jeszcze w jakimś gdzieś azylu siedzi piesek i czeka bezpańsko.
No i dzwonimy na policję, tam oficer dyżurny prosi o podanie rysopisu psa.
No i on się tak wyraża, mama mówi, że to obroża taka i taka, że pies taki i taki, o takim nam umaszczeniu, no i tam ten oficer mówi, proszę chwilę poczekać, mówi, bo kolega tam właśnie z patrolu ktoś zgłosił, że pies szczeka i że generalnie, czy to ten.
No mama mówi, że w sumie się zgadza, no i ten oficer mówi, poprosił nas, żebyśmy przyjechali zidentyfikować psa, czy to ten, no to jedziemy.
Mama nawet nie wie jak, ja zaraz po kąpieniu.
No i w ogóle lecę, tego mama mu ponoć mówi, że nie pamięta, że jak wsiada do tego auta, jak pojechała, była w takim szoku, zajeżdżamy, słyszymy szczek, no to ja już się ucieszyłem, bo rozpoznałem głos Rubina, mówię, Rubinek, aniołeczku złoty, w ogóle zaczynam z tak, straszę się ekscytować, że to Rubin.
Ten też w ogóle nas poznał, zaczyna tam się wdrapywać na ten dwój, półmetrowy dół, czy tam jakoś tak, nie daje rady w ogóle, mama nie zastanawiając się w ogóle, prawie też by wpadła do tego dołu.
Nie wpadam na tego psa, ale wyciągła go jakoś za łapy, pies się szczęśliwie znalazł, potem jeszcze w domu, jak się już, policjant w ogóle się zachwycił, mówi, że nie spotkał się jeszcze z takim traktowaniem psa, żeby psa tak uwielbiać, żeby taką radością, żeby tak się cieszyć z odnalezienia.
Potem przyjechaliśmy do domu z tym psem, on też taki wyziębiony, półprzytomny w ogóle, i ze strachu, i z wyziębienia, i z wycieńczenia, z odwodnienia, z zagłodzenia, mama tam mu dała dość sporo mięcha.
Tego na co dzień się raczej nie robi, wypił chyba wtedy ze dwa kartony mleka, pół litra w ogóle jeszcze wody, potem pospał trochę, jak się ożywił, no potem na szczęście doszedł do siebie, no i już więcej takich wyskoków nie było.
Ten był, że tak powiem, najbardziej taki efektowny i najbardziej taki zapadający w pamięć, wcześniej do czynienia w takim zakresie z policją, żeśmy nie mieli.
Później już dzięki Bogu na szczęście też nie, no i to chyba by było tyle, taką historyką się jeszcze a propos swojego psa tutaj chciałem podzielić, trzymajcie się.