Ogarniałam frytki i pączki. Tak naprawdę nie ma szczególnej różnicy w obsłudze między głębokim tłuszczem i garnkiem z wodą. Tu i tu trzeba po prostu złowić wszystko, tylko wrzucanie mokrego na tłuszcz może się tragicznie skończyć. W pewnym momencie wycwaniłam się i ogarnęłam po prostu takie głębokie druciane sitko, w które wrzucałam wszystko, co miało być usmażone i zanurzałam je w garnku. Coś jak to sitko od garnka do gotowania na parze, tylko głębsze, żeby sięgało głębiej i z większymi oczkami, żeby nie wyciągać frytek razem z połową oleju. Kiedy wyciągnąć też nie miałam większych problemów z określeniem. Frytki po prostu zaczynają pachnieć tak, jak pachnieć powinny i można wyczuć czymś tam, co wetknie się w garnek i zamiesza, że zaskorupiają się na wierzchu. Łatwo wyczuć moment, w którym to następuje, bo one najpierw są twarde, bo surowe, potem mięciutkie, a na koniec... No takie jak trzeba, czyli chrupiące i spieczone. Pączki niestety robiłam tylko raz, ale gdy przyjęłam, że poczekam aż będą takie spieczone i jeszcze trochę, żeby doszły w środku, to się naprawdę udały.