Chyba 6 stycznia 2009 r. Operacja zaćmy, która mogła skończyć się różnymi komplikacjami - trwała ze 3 godziny, lecz obudziłam się widząca, i z pewnego rodzaju ulgą. Leżenie plackiem przez 7 dni, picie wody ze słomki, karmienie na leżąco, bo nie mogłam podnieść głowy, załątwianie potrzeb fizjologicznych wiadomo w jaki sposób naprawdę się wtedy opłaciło. Pamiętam nawet moment wstania po siedmiu dniach leżenia - coś dziwnego i niesamowitego. Tak kręciło mi się w głowie, że brat cioteczny musiał mnie zanieść do talety na rękach. To, co mi wtedy zrobiono z ogromnym wysiłkiem, okazuje się, że trochę niewystarczającym, bo teraz męczę się ze zdecentrowaniem sztucznej soczewki i nikt nie chce tego ruszać, ma mi wystarczyć na całe życie. 2009 rok wspominam jako najlepszy w życiu, ponieważ wtedy zmieniłam środowisko, poszłam do internatu w Krakowie w 2 semestrze 4 klasy podstawowej - groziło mi powtórzenie roku, lecz się wybroniłam ze średnią 4.8. Nigdy więcej nie miałam już potem takiej średniej ;)